Drukuj
Wrzesień 2007 autor: Anna Kolasińska

U psychologa



   Odważnie zabrałam się do rzeczy. Nieprzypadkowo wybrałam specjalistę, a raczej specjalistkę. Starannie i metodycznie zrobiłam rozpoznanie terenu. Wybór padł na panią psycholog, która, jak głosiła fama, legitymowała się dużym doświadczeniem i profesjonalizmem.


   W powietrzu unosił się wilgotny zapach odmarzających liści. Nabrzmiałe pąki na drzewach aż trzeszczały. Pilno im było wypuścić liście. Znad rzeki chaotycznie podwiewał niespokojny wiatr. Jego podmuchy tchnęły długo oczekiwanym ciepłem. Niebo co i rusz wykrzywiało gębę, by plunąć życiodajnym deszczem. Świat budził się do życia.

   Tymczasem w moim sercu nadal panowała sroga zima. Czułam się przysypana grubą warstwą śniegu. Temperatura utrzymywała się znacznie poniżej zera, wiało chłodem i, co najgorsze, wcale nie zanosiło się na ocieplenie. W rzadkich chwilach, gdy nadchodziła odwilż, łudziłam się, że to chwilowy stan hibernacji. Wystarczy, by ktoś wziął zamarznięte serce w dłonie, pochuchał, podmuchał i nastąpi cudowne ozdrowienie. Niestety. Nikogo takiego nie było jak okiem sięgnąć. Odsunęłam się od ludzi, przestałam przyjaźnić z dobrymi myślami. Moje życie uczuciowe skręciło się jak kiszki po wypiciu zsiadłego mleka. Coraz mniej wiedziałam, co tak naprawdę dzieje się w głowie. Czułam instynktownie, że ciągłe myślenie o tym może mnie zaprowadzić tam, gdzie lepiej nie zaglądać.

   Nigdy nie lubiłam miejskiego zgiełku. Czułam się zawsze ściśnięta przez mury domów, wtłoczona w sztucznie stworzoną, ciasną przestrzeń. Brakowało mi tego poczucia związku z otaczającą rzeczywistością. Zdecydowanie nie był to mój świat, o wiele bardziej ceniłam sobie naturę, spokój i ciszę. Zgiełk uliczny tracił wtedy na sile. Przytłumione dźwięki z trudem przeciskały do mózgu. Jak w niemym filmie, do którego przygrywający pianista zapomniał nut. Sztuczne kolory blakły, traciły swą rozmaitość i intensywność. Chętnie marzyłam, gdy świat wokół stał się ponury i niezrównoważony. Chodziłam swoimi ścieżkami, jak meteor. Byle tylko nikomu nie wejść w drogę.... Jakbym chciała zostać niezauważona....

   Wkurzało mnie dosłownie wszystko. Wkurzał chory, wszechobecny konformizm. Ubieranie zgodne z obowiązującą modą, zażeranie się obrzydliwymi fast foodami, hip hopowy jazgot, moherowy różaniec polityczny, moda na keep smiling. I ludzie pędzący i wracający z pracy, zakupów, każdy sobie, bo nie ma wspólnych spraw. Jakbym brała udział w filmie grozy. Tylko czekać na rytuał satanistyczny, nieważne, kto będzie ofiarą, pewnie ktoś nierozważny. Tak sobie naiwnie myślałam, czy nie da się od nowa urządzić świata. Bez obłudy, hipokryzji, kiczu, śmieci, klocków wznoszonych z mamony. Bez równania w dół, które odbiera ambicję, skazuje na bierność, mechaniczne podporządkowanie nakazom, rozkazom, oczekiwaniom. Świata, gdzie wali cię w łeb wyścig szczurów, gdzie twardy dyktat wobec słabszych nie odbiera nikomu chęci życia. Miałam serdecznie dość politycznych manipulacji, czarnych i białych plam w historii, babrania w chorych strukturach władzy, polowania na agentów, "zmuszania" do bycia patriotą, dość liberałów, populistów, prawicy, lewicy. Dość gąb uśmiechających się tylko na plakatach wyborczych, poza tym pokazujących nam – burakom – język.

   Wkurzała mnie na potęgę telewizja, jedyna, poza burym kotem, towarzyszka samotnych wieczorów. Hołdując zasadzie "dobre wiadomości to żadne wiadomości", miałam swoją dawkę "Adamsów" w najlepszej wersji, do tego W-11, kronikę wypadków, filmy katastroficzne. Przygniatał mnie jakiś nierozumny sadyzm. Nawet prezenterzy pogodowi mizdrzyli się do kamery w rapowych gestach doprowadzając mnie tym samym do coraz większej rozpaczy. Apogeum następowało jednak podczas oglądania filmów. Nie dość, że prawdziwków w gąszczu propozycji medialnych bywało jak na lekarstwo, do tego kolosalną część globalnej emisji zajmowały reklamy. Stale przerywają filmy, jakby większa dawka inteligentnego humoru, doza przeżywanych uczuć była poza naszym zasięgiem i należałaby się gimnastyka umysłu w postaci ogłupiania. Filmy, jak meble, rozpadają się na segmenty, z których każdy, wzorem tragedii antycznej, osiąga punkt kulminacyjny. Tyle, że w oglądanych przez nas produkcjach takich szczytowych momentów jest znacznie więcej niż zamierzał reżyser. Nie przewidział czasu na napoje, lekarstwa, pasty do zębów, sprzęt AGD, kremy, proszki do prania, piwo, czekoladki zmysłowe, żarcie dla zwierząt domowych... Więc teraz spoty pokazują myślącym homines język, plują, łaskoczą w podeszwy, zatapiają kły w tętnicach. Niedobrze mi się robi na widok wymoczków rżnących żyletą nieskazitelne brody, panienek hopsasających z wkładką, na pewno niedoustną, przy wtórze debilnego uśmiechu. A wszystkiemu zaprzecza zdrowy rozsądek i minimum inteligencji.

   No i któregoś dnia pękłam! Nie wytrzymał tego Sens, trwający dotąd przy mnie wiernie. Towarzyszył w najtrudniejszych momentach. Ale pewnego dnia odszedł bez pożegnania. Szukałam go wszędzie. Zaglądałam do każdego zapyziałego kąta własnego ego. Nadaremnie. Zniknął bez śladu. Wtedy pojawił się Lęk. Początkowo dreptał za mną nieśmiało i niepewnie. Z czasem zaczęło mi towarzyszyć uczucie jego stałej, nieproszonej obecności. Przylgnął jak pijawka i nie było sposobu, by się odessał. Stopniowo też poznawałam jego rodzeństwo. Niepewność. Smutek. Przygnębienie. Należało poruszyć góry, by się od nich uwolnić. Szkopuł w tym, że nie bardzo mi to wychodziło. Wiłam się jak piskorz, ukrywałam, zacierałam ślady. Zawsze jednak to nieciekawe towarzystwo odnajdywało mój trop. Stało się jasne, że w pojedynkę jestem bezsilna w obliczu takiej ferajny. Potrzebowałam pomocy, tu i teraz. Bezapelacyjnie. Chciałam wyzwolić się od indoktrynacji, światopoglądów, schematów na rzecz... No właśnie, na rzecz czego? Przecież bez kultu, bez ideologii życie jakieś jałowe, niedoprawione się staje. Ni to smakuje, ni to jakiś sens tam ma.
   Zdałam sobie jasno sprawę, że płynę pod prąd. No to trzeba konstruktywnie, pomyślałam. Do kościoła nie, nie pójdę. Zawsze było mi tam daleko. To do psychologa! Żeby nauczyć się od mądrej głowy, jak bezboleśnie poruszać się po codzienności, bez ponaglenia, bez groźby. Zebrać w sobie garść zapału do "sobiebycia" i traktować sprawy z przymrużeniem oka. Umiarkowanie dawać się nabijać w butelkę.


   Odważnie zabrałam się do rzeczy. Nieprzypadkowo wybrałam specjalistę, a raczej specjalistkę. Starannie i metodycznie zrobiłam rozpoznanie terenu. Wybór padł na panią psycholog, która, jak głosiła fama, legitymowała się dużym doświadczeniem i profesjonalizmem. Potęga specjalisty jest tak wielka, że nikt nie wątpił w jej wyroki i jeszcze mniej w cudotwórczą moc. Naprawdę, cieszyła się niekłamanym autorytetem. Trochę drogim, to fakt, lecz w tym wypadku moje bezcenne zdrowie psychiczne zasługiwało na godziwe potraktowanie. Nie przez jakiegoś tam konowała, ale terapeutę z prawdziwego zdarzenia.

   Więc pewnego późnego popołudnia z ustami pełnymi mrozu, z gardłem ściśniętym powrozem, zapukałam do gabinetu. Dumna z faktu, iż kobieta ze mnie postępowa, wyzbyta irracjonalnych zahamowań, usiadłam we wskazanym fotelu. Cieszyłam się w duchu, że to nie leżanka. Spoglądając ufnie w życzliwą twarz autorytetu, zachęcona uprzejmymi słowy, rozpoczęłam monolog. Zrazu niepewnie, asekurancko. Z minuty na minutę coraz odważniej, odważniej, aż poraziła mnie własna śmiałość. Mówiłam otwarcie o rzeczach skrywanych nawet przed sobą. Czułam, że są dziwne, może trochę nienormalne, lecz musiałam wypowiedzieć je głośno, podzielić się nimi, by zrozumieć ich sens. I pewnie dalej bym tak tokowała, pomstując na cały świat i siebie samą, gdyby mojej uwagi nie przyciągnęło lekkie zniecierpliwienie pani psycholog. Dostrzegłam, że delikatnie, prawie niezauważalnie, zerka na zegarek. Także jej postawa przeszła pewną metamorfozę, nie emanowała już spokojem i łagodnością, jej członki były teraz jakby zesztywniałe i napięte. Zrozumiałam, że mój czas dobiega końca. Urwałam. Zastygłam w niemym, z lekka niecierpliwym oczekiwaniu. Nie, nie spodziewałam się recepty, podania panaceum na wszelkie bolączki. Nic z tych rzeczy. Raczej oczekiwałam wskazówki, dobrej rady lub, choćby maleńkiej, podbudowy mojego zrujnowanego mocno "ja".
– Cóż, droga pani. Słuchając tego wszystkiego myślę, że zabrakło pani siły i dystansu.
   (Taaak...)
– Przede wszystkim nie wolno się zamykać w sobie. Należy wyjść do ludzi, odnaleźć pasje, zainteresowania. Wtedy stanie się pani atrakcyjna...
   (A teraz co? Zupełnie nie jestem?)
– Trzeba wziąć się w garść!
    (No, masz!)
– Nie wolno poddawać się apatii i zobojętnieniu. Trzeba wykrzesać z siebie więcej optymizmu!
   (Jak pani na to wpadła!)
– Dobrze by pani zrobił wyjazd, najlepiej w jakieś ciepłe strony...
   (Jezu, ja chyba śnię!)
– Jeśli poczuje pani potrzebę, zapraszam do siebie ponownie. Chętnie wysłucham. Zawsze, w końcu, człowiek może się wygadać.
   (Błeee, chyba wolę sąsiadowi...)
– Lżej się wtedy robi na duszy, prawda?
   (Chyba nie zawsze...)
– No tak, nasz czas, niestety, minął. Kolejny pacjent czeka. Ufam, że porada pomoże pani odnaleźć się w trudnych chwilach.
   (Przepraszam? Chyba nie dosłyszałam... Jaka porada?)
– I proszę pamiętać, trzeba myśleć pozytywnie! Pozytywnie, droga pani!
   (I gadać głodne kawałki do lustra, co? A niech mnie szlag trafi na miejscu! Co ja tu robię? Co mnie podkusiło?)

    Głos pani psycholog zawisł w powietrzu, jak obłok papierosowego dymu w dusznym, ciasnym pomieszczeniu. Zawisł i niespokojnie dyndał mi nad głową gotów runąć znienacka.
(I co teraz? Koniec? Powinnam chyba podziękować i wyjść?)
   Siedzimy tak nieskończenie długą chwilę. Ona z niewymuszonym, życzliwym wyrazem twarzy, ja – chyba – tępym.
   (Czemu pani tak świdruje mnie oczami?)
   No dobrze, jak koniec to koniec. Powoli uniosłam się z fotela. Włożyłam płaszcz i starannie zapięłam guziki.
– Dziękuję za wszystko – wydukałam – do widzenia!
– Ale... najmocniej przepraszam , o czymś pani chyba zapomniała...
– Ja? – wybałuszyłam oczy.
   (O czym niby zapomniałam, co? Nie bardzo rozumiem? Myśl! No, myśl, kobieto! O, jasny gwint! Pieniądze! Trzeba zapłacić pieniądze!)
   Z rezygnacją sięgnęłam do torebki i w tej samej chwili diabli poczęli tańcować z moją duszą. Walcząc z silną pokusą trzaśnięcia pięścią w profesjonalnie uśmiechniętą twarz pani psycholog lub choćby nieśmiałego pokazania figi, wręczyłam stuzłotowy banknot. Chłodno i wyniośle. Pospolity człowiek odskoczyłby w tył, jak porażony pięścią. Ale pani przecież nie była pospolita. Zwyciężył dobrze zakorzeniony we mnie konformizm. A niech to cholera!

   Pożegnałam "autorytet", może nawet uśmiechnęłam się głupawo i wyszłam. Wlokąc się noga za nogą próbowałam przeanalizować to, czego doświadczyłam. Jedno mogłam oddać tej kobiecie: zdołała mnie wkurzyć i to dogłębnie. Więc, jeśli wcześniej byłam bezwolna i poddana, to teraz targały mną uczucia tak silne, że chciałam eksplodować. Faktycznie autorytet! Prawdziwy i miarodajny. Godzina terapii, a jaki efekt! Zaraz, jak ona powiedziała? Wyjechać? Tak, wyjechać. Do tego w ciepłe strony. Czyli gdzie na przykład? Lazurowe? Majorka? A może Tahiti? Mogłam jeszcze zapytać, czy zna jakiegoś miłego i hojnego sponsora. Czemu mi to nie przyszło do głowy? Idiotka ze mnie!

   Nie wiedzieć czemu, przypomniały mi się w tym momencie słowa solistki pewnego zespołu popowego świecącego tryumfy w czasach, gdy marzyliśmy(?) jedynie o nowej RP. Odpowiadając na pytanie reportera o swojego, równie sławnego wówczas męża, rzekła: "Mój mąż... Mój mąż leczy stargane nerwy na Karaibach".
   W tej samej chwili doznałam olśnienia. Spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, poraziło wszystkie członki. Wcześniej skulona, zamknięta jakby w sobie, wyprostowałam się. Wypięłam pierś. A nawet dwie! Uniosłam dumnie głowę. Ufnie spojrzałam w przyszłość. Już wiedziałam, co robić. Już wiedziałam! Postanowiłam! Na Karaiby! Tam pojadę!

   Jeszcze tylko zostanę piosenkarką.
 

Wrocław, 2007

 
Ilustrowała: AnetaHg/pinezka.pl