Drukuj
Październik 2007 autor: ydorius

Niemożliwość

   Niezależnie oczywiście od natężenia bólu, nie trwa on wiecznie. Czasem prowadzi do zmian nieodwracalnych i w tych granicznych przypadkach ból umyka razem z duszą, z która połączył się węzłem nierozerwalnym, organicznym wręcz, nieodzownym jak awers i rewers tej samej monety, która nazywa się życiem. Bo też ból bywa niezbędny, uzmysławia, że wciąż jeszcze coś dzieje się dookoła, że życie tętni i pulsuje, a skoro to robi, to również zdarza się, że boli.
   Potem powoli mija, organizm wychodzi z szoku, pozostają tylko blizny, wątłe zrazu, znaczące krwawymi pręgami miejsce prawdziwych i urojonych uderzeń.



"Miłość jest przerażająca! (...)
Musi być przerażająca, bo czyżby inaczej była szczęśliwością?"

Henryk Mann, Przyjęcie w wielkim świecie


I.

    Nie ma znaczącej różnicy między skaleczeniami i ranami fizycznymi a psychicznymi. W chwili zadawania jeszcze wcale nie bolą, przez chwilę przyczajone, tak jak gdyby ból dopiero przygotowywał się do nadejścia, jak kapryśna diva albo aktor pewien swej gorzkiej sławy czarnych charakterów. W pierwszej chwili czuje się tylko to tępe uczucie, zwiastujące dopiero wybuch, tak, jakby cała dusza brała oddech przed krzykiem. A potem następuje erupcja, wyzwolenie i nadchodzi ten nieproszony, choć postulowany przez fizjologów jako konieczny, ból.
    Z psychiką jest przecież tak samo, choć tu przynajmniej zdarzają się zróżnicowania – czasem dusza wcale nie oddycha głęboko, czasem zanurza się w ciemną czeluść, studnię pełną bezwonnej lecz gęstej i lepkiej smoły, by dopiero stamtąd wydać swój bezgłośny – choć przecież nie mniej przerażający – krzyk.
    
II.

    Niezależnie oczywiście od natężenia bólu, nie trwa on wiecznie. Czasem prowadzi do zmian nieodwracalnych i w tych granicznych przypadkach ból umyka razem z duszą, z która połączył się węzłem nierozerwalnym, organicznym wręcz, nieodzownym jak awers i rewers tej samej monety, która nazywa się życiem. Bo też ból bywa niezbędny, uzmysławia, że wciąż jeszcze coś dzieje się dookoła, że życie tętni i pulsuje, a skoro to robi, to również zdarza się, że boli.
    Potem powoli mija, organizm wychodzi z szoku, pozostają tylko blizny, wątłe zrazu, znaczące krwawymi pręgami miejsce prawdziwych i urojonych uderzeń. I tak jak w przypadku fizycznej rehabilitacji, tak w przypadku zranionej psyche trzeba sprawdzać co jakiś czas, czy już wszystko w porządku. Przygotowywać się do tego całymi dniami (czasem niezbędne jest także zaangażowanie nocy, w trakcie których karmi się nieczułe poduszki łzami) do tego, by móc sięgnąć myślą w głąb i delikatnie dotknąć blizny.
    Wówczas najczęściej okazuje się, że niestety nic nie minęło.

III.

    Nie wierzę w coś takiego jak historia współczesna. To znaczy wierzę w to, że historia jako taka się dzieje. Przynajmniej z formalnego punktu widzenia, a jako formalny rozumiem przechodzenie przyszłości przez zenonowską szparę teraźniejszości w przeszłość; powolne i nieubłagane przelewanie z próżnego czasu, którego jeszcze nie ma, w pusty czas, który już nie istnieje. Ściślej ujmując myśl: nie wierzę w możliwość opisania tej historii. Przeszłość, która pokryła się patyną, której żaden świadek nie dotrwał do naszych czasów, w najlepszym razie przeszłość znana z dagerotypów, jeśli nie rycin i obrazów – tak, ta przypuszczalnie jest opisywalna. Nikt już nie może sobie przypomnieć żadnego ostatecznego dowodu, nie jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę selektywnej pamięci, złośliwego przemilczania kluczowych wydarzeń, ujawniających się nagle – po wnikliwej analizie wszystkich źródeł – jakiś faktów dotychczas przykrytych kurzem prawdziwej bądź udawanej amnezji.
    Zgoła czym innym jest odnajdywanie dowodów rzeczowych, które albo są albo ich nie ma i żaden czynnik ludzki nie ma tu nic do gadania. Pomijając oczywiste aberracje, które – analizowane holistycznie – uniemożliwiłyby pojęcie historii w ogóle, takie jak ludzka złośliwość czy zazdrość. Ale to już nie uczucia samych podmiotów historii – lecz ich potomków, epigonów i następców. Ich ludzkie uczucia, choć częstokroć nieznośne, uznaję za pewnego rodzaju konieczność; niepewność z nimi związana wpisana jest w naturę historii.

IV.

    To oczywiście Historia przez duże H, decydująca o Sztuce przez duże S i Polityce przez duże P. Ta jednostkowa, zawarta w całości w pojedynczej jaźni może być opisywana in statu nascendi – nikt i tak nigdy nie pozna innej prawdy niż ta opowiedziana. Choć z biegiem lat (lat! Z biegiem miesięcy, dni a czasem nawet godzin) zmienia się postrzeganie rozmaitych spraw związanych z samym sobą, to jednak prawie nic nie stoi na przeszkodzie, by opisywać swoją rzeczywistość w dowolnym momencie. To "prawie" nie jest retorycznym zastrzeżeniem, asekuracyjnym uwzględnieniem niepewności losu – dotyczy czynnika, który utrudnia lub uniemożliwia pisanie o swojej własnej biografii. Chodzi o ból.

V.

    W chwili, gdy dotarła do mnie wiadomość, że S. będzie w tym samym miejscu i czasie (całe cztery wymiary koincydencji) co ja, minęło już sporo. Przeszedłem przez wszystkie fazy bólu, od szoku, zapowiadającego dopiero nadejście tego królewskiego uczucia, do blizn, które dotykane tak często jak to było potrzebne, niemal znikły z mojej świadomości. Co prawda minęło wyjątkowo dużo czasu nim uznałem, że znów mogę korzystać ze swojego ciała i swojej duszy tak, jak gdyby nic się nie stało (choć nie wiedziałem – i nikt nie wie – jak to jest, gdy nic się nie dzieje, skoro zawsze dzieje się coś, a nic ma tę przykrą paradoksalną właściwość, że zawsze nas omija), to przecież wszystko już było na swoim miejscu.
    A jednak, gdy dowiedziałem się o tym, że będę współdzielił z S. tę samą czasoprzestrzeń, choć zapewne będzie to tylko kilka chwil, poczułem fantomowy ból, bez zapowiedzi i oddechu duszy, ból artefaktyczny, nieistniejący, nierzeczywisty, ból po tej części mnie, która przekonała się, że coś się działo i która musiała zostać amputowana po wypadku, który nastąpił.

VI.

    Przekleństwo wyobraźni. Pół biedy, jeśli zaczyna ona wchodzić na wysokie obroty w przypadku spraw pozornie nieistotnych, a przynajmniej niekoniecznych, tych, bez znajomości których możemy się obejść i żyć dalej w błogiej nieświadomości. Czasem przekleństwo wyobraźni, jak każde chyba przekleństwo, niesie ze sobą słodkie owoce, gdy udaje się, dzięki niej tylko, doprowadzić do końca nić jakiejś historii i ujrzeć, że niechybnie kończy się ona urwiskiem lub stryczkiem i doprowadziwszy tę historię tylko na mocy wyobraźni do tego końca, pozbyć się jej, przeciąć i pójść dalej zupełnie inną ścieżką, popłynąć innym wątkiem, nie dać się porwać i zabić przypadkowi, który został przez wyobraźnię podszepnięty.
    Ale to tylko wycinek, niewielki kawałek przekleństwa wyobraźni. Same zdarzenia, z których przecież w końcu zazwyczaj wychodzimy z życiem, nie są tak straszne jak nasze o nich wyobrażenia. Spotkania, które w końcu tylko muskają, w okowach wyobraźni miażdżą i rozcierają nas po trotuarze wyimaginowanej rzeczywistości. Wyobraźnia rozsadza tę rzeczywistość, rozdyma ją do absurdu i nie pozwala tak rozdętej, co byłoby zgodne i pożądane, pęknąć pod własnym naporem.
    I pojawiają się obrazy samego spotkania; ta szalona niepewność, co się wydarzy, jak się zachowam, jak się zachowa ona, co ze mnie w niej jeszcze pozostało, a co zdołała wyciąć, za co przecież nie mogę jej winić, bo sam zrobiłem podobnie. Czy się odwrócę, czy ona spuści wzrok, czy minie mnie obojętna niczym góra lodowa i podobnie zimna, majestatyczna w swym gniewie albo obojętności, czy nasze ręce przypadkiem się spotkają, gdy będziemy próbowali sięgnąć po ten sam widelec albo nóż, czy będę ją obserwował dyskretnie, kiedy będzie na pozór swobodnie z kimś rozmawiać, a ja – i tylko ja, prócz niej samej – będę widział, że gdyby to wszystko, co ma w środku wypełzło na zewnątrz, to niechybnie towarzysz rozmowy zginąłby w płomienistym podmuchu tej duszy, która tak niewiele już ma wspólnego z moją.
    Przeklęta wyobraźnia, to przez nią znowu boli tam w środku, fantomowe bóle po czymś co było, ale nie jest i co udało się zabić gwoździami jako niebyłe. Otwarte blizny, nieświęte stygmaty, fizyczne cierpienie już-przecież-obojętnej duszy.

VII.

    Ale jak wygląda? Czy w ogóle ją rozpoznam? Jej rysy, pojawiające się samorzutnie w snach, już przecież są rozmyte, jak gdyby zmieniła się z żywego człowieka w obraz, każdy ostry rys, podbródek czy oprawa oczu, został pociągnięty pastelą nałożoną na nieco zbyt gruby pędzel; już przecież nawet nie zwykła się ruszać, zazwyczaj siedzi albo stoi, w najgorszym razie leży i to leżenie jest niestety wciąż zbyt zmysłowe, bym mógł spokojnie obudzić się nad tym do porządku dziennego. Może tam też, może na tym spotkaniu, na które pójdę (nie dlatego, że cierpienie uszlachetnia, lecz dlatego, że nie chcę poddawać się torturom wyobraźni, niech się skończą), będzie pastelowa i namalowana, a wszyscy dookoła będą się zastanawiali jak to możliwe, że wciąż żyje (tak jak ja się zastanawiam, jak to możliwe, że wciąż żyje, skoro nasze jednostkowe historie przestały się przenikać), ale nikt nic nie powie w tej sprawie, tylko wszyscy będą tratować ją jak człowieka. I może zwróci się w moją stronę swoimi pastelowymi rysami, a światłocień przez nią stworzony dopełni tylko obrazu rzeczywistości i zwróci się do mnie i powie coś i wyzwoli mnie z oków wyobraźni, która przewiduje, że właśnie w tym momencie pęknie mi serce.

VIII.

    Ale to raczej nierealne. Nic takiego się nie wydarzy. Będzie rzeczywista i istniejąca, nie zamienimy ze sobą ani słowa, może nawet się miniemy, każde w swojej zbroi, może nasze dłonie się zetkną, może nawet przenikną, choć nigdy wcześniej tego nie robiły (i dlatego właśnie teraz już mogą to zrobić). Może ja przyjdę z kimś i ona przyjdzie z kimś i ci bogu ducha winni ludzie nawet nie będą wiedzieli, że ja i ona, każde ze swojej strony, dało po kawałku czegoś, co nazywa sobą tej drugiej osobie, z którą przyszliśmy do tej koincydentalnej czasoprzestrzeni, a co wcale nie było mną i co wcale nie było nią, a co być może było tym czymś, co urosło w miejsce tego, co musiało zostać wycięte w chwili, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli oboje mamy przejść przez nasze życia z poczuciem, że nie umarliśmy już dawno temu, to to właśnie trzeba wyciąć (modląc się przy tym, by nie okazało się, że usunięte części są do owego pozostałego życia niezbędne).
    I przyjdziemy, każde ze swoim kimś, już nie rozpatrywanym jako proteza, bo przecież człowieczeństwo w drugiej osobie zawsze traktowaliśmy jako cel, nigdy jako środek, a nawet jeśli zdarzało się potraktować jako środek, to tylko wiodący do wyższego celu (piękne kłamstwo, być może najpiękniejsze do jakiego zdolny jest człowiek) i każde z nas będzie mogło patrzeć wprost, może nawet skinąć głową i uśmiechnąć się, po to, by później móc powrócić z poczuciem ulgi, że stawiło się czoło temu drugiemu i własnej wyobraźni i po to, by później w nocy, w nagłym odśnieniu, ostatecznie przekonać się, że zapomnienie i uśmierzenie bólu są niemożliwością.


© ydorius 22’II’2006