Drukuj
Sierpień 2009 autor: Anna Maria Tuckett

Weekend panieński po angielsku

 Niedawno miałam okazję uczestniczyć w weekendzie panieńskim (hen weekend). Tak, weekend, nie wieczór, bo co jak co, ale balować to Angielki potrafią. Brytyjczycy na wyjazdy kawalerskie i panieńskie przeznaczają całe weekendy, i tanie bilety lotnicze umożliwiły im świętowanie 'końca wolności' w Barcelonie, Pradze czy Krakowie. Kryzys trochę ukrócił te ekscesy, ale nasz weekend i tak był wystawny – przyszła panna młoda wynajęła dworek w malowniczym zakątku hrabstwa Somerset.

   Oblewałyśmy ślub 'kury' (hen) – bo tak właśnie określa się po angielsku przyszłą mężatkę (kawaler to stag czyli jeleń, rogacz).

Weekend był taki, jakiego się spodziewałam – a nawet bardziej, bo np. Rozebrani Kamerdynerzy (Butlers in the Buff) byli dla wszystkich, poza główną druhną, która ich usługi zamówiła, kompletną niespodzianką. Ale od początku...

Dworek okazał się prawdziwie angielskim miejscem – stary, pokryty wisterią, w środku tak ciemny, że mimo słonecznej pogody trzeba było włączać światło, wypełniony antykami, zbrojami i wypchanymi trofeami myśliwskimi, z łożami z baldachimem w każdej sypialni (four-poster beds), kominkami wielkości kawalerki i ścianami obitymi adamaszkiem... Zapewne także nawiedzony...
   Większość jednak czasu, ze względu na pogodę, spędziłyśmy w okazałym ogrodzie. Był uproszczony krykiet (nie wzięłam udziału – jako jedyna cudzoziemka otwarcie przyznałam, że jestem za stara, by nauczyć się skomplikowanych reguł nowego dla mnie sportu – you can't teach an old dog new tricks), były wyścigi w workach i ze skakanką (tu już dołączyłam, choć był to dla mnie pierwszy raz, przez całe dzieciństwo w Polsce nie miałam okazji, w UK zaś to uświęcona tradycja, takie wyścigi organizuje się z różnych okazji), i, co najważniejsze, wylegiwanie się na trawie i sączenie lejącego się strumieniem angielskiego letniego koktajlu Pimm's. To wszystko, dodam, robiłyśmy przebrane za Jaskiniowców.

 

Wieczorem do naszego wyłącznie damskiego grona wtargnęli nadzy mężczyźni, których zadaniem było podawanie nam drinków. Ze stroju kamerdynera panom zostały muszki, mankiety i małe fartuszki... Nie wkleję zdjęć, gdyż umieszczając tu goliznę mogłabym się narazić na nieprzewidziane konsekwencje, ale kto umie korzystać z Google, niewątpliwie trafi na stronę firmy Butlers in the Buff (the male order company), a na niej na wiele, wiele zdjęć rozebranych mężczyzn...

Po drinkach nadeszła pora na kolację, która była wspaniałą ucztą, nigdy wcześniej nie widziałam piętrowej pavlovy (deser z bezy, bitej śmietany i owoców). Po kolacji nastąpiła zmiana strojów – tym razem w ruch poszły peruki, a w pokoju zaroiło się od Spice Girls, dziewczyn z ABBY, Tin Turner (były trzy), jednej Dolly Parton i jednej Madonny. Dzięki Playstation i grze SingStar karaoke okazało się przednią zabawą, a szlagiery śpiewałyśmy wszystkie, nie tylko osoba z mikrofonem. Zważywszy, że wszystkie dziewczyny oprócz mnie śpiewały we własnym języku, i to przeboje znane najczęściej od dziecka lub lat nastoletnich, nikt nie był stremowany lub zażenowany.

Zabawa zakończyła się po pierwszej, a następnego dnia wszystkie powoli rozjechałyśmy się do domów.

Dla wielu z nas to był najbardziej udany weekend panieński, na jakim kiedykolwiek byłyśmy.
   Co najważniejsze, oczywiste było, że 'kura' bawiła się równie doskonale.



Backwards in high heels