Drukuj
Marzec 2008 autor: Laura Bakalarska

Głuszenie kotów a problem karpatki

Nienawidzę gotować


   Jak człowiek ma przed sobą batalię kuchenną w postaci pieczenia dwóch ciast naraz, to musi zacząć od zgłuszenia kotów. Jest to trudne, ponieważ kot nie pies – nie jest łakomy, nie jest przekupny, nie sprzeda wolności za byle przekąskę.


   Czasem samo gotowanie dałoby się jakoś jeszcze przetrzymać, ale wszystko to, co dookoła niego... cholera! Często problem sprowadza się do tego, jak się pozbyć domowników.
   Na przykład Nieświętej Pamięci Były Mąż w pewnym sensie nie nastręczał większych kłopotów. Na ogół nie było go w domu, gdyż w tym czasie się rozwijał, a jak był, to spał, bo się zmęczył rozwijaniem. Przez sen NPBM rozwiązywał problemy. Wyłącznie intelektualne. Problemy bytowe pozostawiał mnie. Czyli nawet jak był, to nie kręcił się po kuchni.

   Jak człowiek ma przed sobą batalię kuchenną w postaci pieczenia dwóch ciast naraz, to musi zacząć od zgłuszenia kotów. Jest to trudne, ponieważ kot nie pies – nie jest łakomy, nie jest przekupny, nie sprzeda wolności za byle przekąskę. Kręci się pod nogami po kuchni z miną "Daj, pani, daj!" niekoniecznie po to, żeby naprawdę coś wyłudzić. Kręcenie się pod nogami samo w sobie jest ciekawe.

   A człowiek głupieje. Ja mam słabość zwłaszcza do Nikity i traktuję ją jak dwulatka.
– Marchewka – powiadam i daję jej powąchać. – Kotki nie jedzą.
– Pomidorek. Kotki nie jedzą.
   Tak zdrabniamy i wąchamy. Mięsko. Kotki jedzą. Kukurydza z puszki. Kotki jedzą, jeszcze jak. Bób. Kotki jedzą. Awokado. Jedzą. Piwo. Kotki piją – Leon zawsze kombinuje, jak się napić.

   Więc przed pieczeniem dwóch ciast należy kotki zgłuszyć czymś, co kotki jedzą. Ja ugotowałam kurze żołądki (bo serc nie było) i je niby to zostawiłam na stole. Kradzione nie tuczy, a daje mnóstwo radości. Kiedy Leon przyniósł mi kolejny żołądek i złożył w ofierze na kolanach, mogłam spokojnie przystąpić do roboty.


   To teraz robimy tę cholerną karpatkę.

   Szklankę wody i pół kostki masła zagotowujemy w emaliowanym garnku. Do gorącego dodajemy szklankę mąki i mieszamy, aż masa stanie się szklista, czyli jakieś dwie minuty.  waga: to należy robić drewnianą łyżką.
   Odstawiamy do przestudzenia. Po czym dodajemy po jednemu 4–5 jajek i wybijamy to drewnianą łyżką. Ta czynność trwa około 8 minut. Ważne, żeby nie przepatencić. Jeżeli jajca są duże, to wystarczy cztery. W tym czasie możemy dumać nad strukturą bytu, albo o tym, że gdzieś na świecie jest jakiś Odpowiedzialny Mężczyzna, który na nas czeka.
   Ocykamy się, wracamy do rzeczywistości. Masę dzielimy na dwie części. Pieczemy je po kolei w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Piekarnik elektryczny powinien być nagrzany, a gazowy nie. Blacha natomiast wysmarowana masłem i posypana mąką. Proces pieczenia jednego placka trwa mniej więcej 50 minut.

   Teraz nic nas nie uratuje przed sporządzeniem kremu. Potrzebny jest do tego gęsty budyń, który to (najlepiej sprawdza się "duży budyń", czyli taki z trzech szklanek mleka) budyń należy zmiksować pracowicie z kostką masła. Taki krem jest dość mdły, i dlatego człowiek znający się na rzeczy, chociaż nienawidzi gotowania, dodaje do niego surowe truskawki. Zimą natomiast daje kiwi – ale powinno być dojrzałe, bo inaczej cała robota pójdzie w komin.

   Ciasto wykonywane równolegle – innym razem. Zmordowało mnie to pisanie tak samo jak gotowanie. Tfu.


Ilustrowała: summa/pinezka.pl