Drukuj
Grudzień 2007 autor: Beata Szczechura

Co wypada zjeść w kościele


   Dawno temu w Ameryce, w stanie Indiana, żył sobie pewien cukiernik, bardzo religijny chrześcijanin. Postanowił stworzyć słodycze, które w kojarzyłyby się wszystkim łasuchom z Chrystusem. Wymyślił więc cukierek twardy jak skała, bo Chrystus jest skałą i fundamentem Kościoła. Nadał mu kształt pasterskiej laski, z jaką często przedstawiany jest Jezus, pasterz wszystkich ludzi. Odwrócony do góry nogami wyglądał jak "J" – pierwsza litera Jego imienia. Wybrał biały kolor, symbolizujący czystość Chrystusa i dodał czerwony akcent, by upamiętnić krew przelaną przez Niego za nasze grzechy. Trzy czerwone prążki miały przywoływać na myśl Trójcę Świętą, a miętowy smak przypominać hyzop, symbol oczyszczenia.

   Ciekawe, czy po takim wprowadzeniu znajdzie się chętny do spróbowania tego cukierka bez uprzedniego wyznania grzechów w konfesjonale i odprawienia solidnej pokuty. Na szczęście łasuchy mogą spać spokojnie – historyjka ta, choć interesująca, nie jest prawdziwa. To tylko jeden z wielu mitów krążących po świecie na temat candy cane, słodyczy w wielu krajach, a przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, nieodłącznie kojarzących się z Bożym Narodzeniem.
   Cukrowe laseczki istniały na długo przed powstaniem stanu Indiana, nie mogły być więc wymyślone przez tamtejszego cukiernika. Nie zostały stworzone, by symbolizować przelaną krew Chrystusa, Świętą Trójcę i oczyszczenia z grzechu – początkowo miały inny wygląd, a na ich obecny kształt złożyły się działania wielu osób. Nie były też – jak głosi jedna z wersji mitu – sekretnym znakiem rozpoznawczym wśród pierwszych chrześcijan, pojawiły się bowiem w XVII wieku w Europie, gdy chrześcijaństwo było już tu dominującą religią.

   W każdej legendzie tkwi jakieś ziarno prawdy i nawiązania do symboliki chrześcijańskiej w przypadku candy cane mają pewne uzasadnienie. W dawnych czasach, ze względu na cenę cukru, słodycze traktowano jak towar luksusowy i jadane były one wyłącznie od święta. Cukier był nawet swego czasu uważany za lekarstwo i przepisywany przez lekarzy jako remedium na kaszel albo chore gardło. W siedemnastym wieku istniał już prekursor dzisiejszych biało-czerwonych laseczek. Pierwowzorem były dużo skromniejsze, białe cukrowe pałeczki. Ponoć odpowiedzialnym za zmianę kształtu był opiekun chóru ze słynnej Katedry Św. Piotra i Najświętszej Marii Panny w Kolonii, który w 1670 roku rozdał cukierki dzieciom biorącym udział w żywych szopkach, by zajęte pałaszowaniem smakołyku, siedziały cicho w czasie długich ceremonii. Żeby nadać słodyczom choć odrobinę religijnego charakteru, zamówił u miejscowych cukierników wersję zagiętą na kształt pastorału.

   Podstęp zadziałał, a rozdawanie cukrowych laseczek przekształciło się w bożonarodzeniową tradycję. Z czasem słodycze te wywędrowały z kościołów i mogły znaleźć zastosowanie jako dekoracja świątecznych drzewek, które w tamtych czasach przystrajano przede wszystkim jadalnymi ozdobami, głównie ciastkami i słodyczami.

 

   Stany Zjednoczone zwyczaj ubierania choinki poznały dzięki niemiecko-szwedzkiemu imigrantowi, Augustowi Imgardowi, który w 1847 roku przyniósł do swojego domu w Ohio wycięty w pobliskim lesie świerk i oprócz papierowych ozdób zawiesił na nim cukrowe laseczki. Dekoracja zrobiła furorę wśród sąsiadów i August Imgard szybko znalazł wielu naśladowców. Został on później oficjalnie uznany za pierwszą osobę, która użyła candy cane jako ozdoby choinkowej.

   W tamtym czasie cukierki te ciągle jeszcze miały jednolicie białą barwę. Nie wiadomo dokładnie kto i kiedy wzbogacił je czerwonymi paskami. Na XIX-wiecznych kartkach świątecznych widnieją choinki ubrane w białe laseczki, biało-czerwone pojawiają się dopiero na pocztówkach pochodzących z dwudziestego wieku. Przyjmuje się, że kolorowe candy cane pojawiły się po pięćdziesięciu latach od użycia ich jako choinkowej ozdoby. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęto dodawać do nich miętowy aromat.

   O dodanie pasków czerwonego koloru podejrzewa się dwie osoby. W 1856 roku w szwedzkim mieście Gränna Amalia Ericsson rozpoczęła produkcję biało-czerwonych miętówek,  znane są tam do dzisiaj jako polkagrisar (polka-pigs). Ale czerwone prążki mógł wprowadzić też Bob McCormac z Albany w Georgii, który latach 20 ub. wieku trudnił się wyrobem candy cane dla swoich dzieci i na potrzeby lokalnego rynku.

   Produkcja wymagała dużych nakładów pracy, bo cały proces – gotowanie masy cukrowej, wyrabianie jej i formowanie odbywało się ręcznie. Proces zmechanizowany został dzięki wynalazkowi szwagra Boba. W latach 50 Gregory Keller, katolicki ksiądz, wymyślił maszynę do automatycznej produkcji cukrowych laseczek. Dodatkowo zaczęto maszynowo pakować te delikatne cukierki w folię, co znacznie przedłużyło ich okres przydatności do spożycia i odtąd można je było transportować na duże odległości. A Bob McCormac stał się największym producentem candy cane na świecie.

 

   Jak właściwie robi się te cukierki? Gotuje się cukier z syropem kukurydzianym, w warunkach przemysłowych – pod ciśnieniem. Po ugotowaniu masę się chłodzi i dodaje do niej aromat miętowy oraz skrobię, która zmniejsza lepkość produktu i zapewnia lepszą absorpcję miętowego olejku. Następnie masa wyrabiana jest aż do uzyskania złoto-brązowej barwy. Perłowobiały kolor pojawia się dopiero po wielokrotnym składaniu i rozciąganiu masy cukrowej. Biała masa formowana jest w wałek, na który kładzie się cieńsze paski takiej samej masy z dodatkiem czerwonego barwnika spożywczego i roluje do uzyskania odpowiedniej średnicy, następnie skręca i odcina kawałki stosownej długości. Cały proces odbywa się maszynowo w temperaturze nie pozwalającej masie na zastygnięcie i stwardnienie. Przycięte pałeczki, ciągle jeszcze ciepłe, są zawijane w folię, która samoczynnie zaciska się wokół ciepłych jeszcze cukierków. Zagięcie jednego z końców następuje już po zapakowaniu w folię.

   Candy cane można spróbować zrobić samodzielnie w domu.

   Cukrowe laseczki, gdy wypełnią już swoje zadanie jako ozdoba choinkowa, można spokojnie zjeść, jak każdy inny cukierek. Twardy cukierek, więc ostrożnie z gryzieniem! Można je pokruszyć i użyć do posypania deserów, np. lodów albo napojów – choćby mrożonej kawy.

   Choć tradycyjny biało-czerwony wariant o smaku miętowym jest ciągle najbardziej popularny, dostępne są i inne kombinacje kolorystyczne. Największy wysyp candy cane następuje oczywiście w sezonie świątecznym, choć przy odrobinie szczęścia można je kupić i przez resztę roku. Dla wielu ludzi są najważniejszym, zaraz za Świętym Mikołajem, symbolem Bożego Narodzenia, choć nie wszyscy je jedzą. Skromny smakowo i twardy cukierek nie wytrzymuje porównania ze współczesnymi słodyczami.
   26 grudnia w Stanach Zjednoczonych obchodzony jest National Candy Cane Day.

   A może warto, idąc w święta z dziećmi do kościoła, na wszelki wypadek zabrać ze sobą torebkę miętówek?


Zdjęcia z serwisu SXC.hu