Drukuj
Wrzesień 2007 autor: Beata Szczechura

Pinezka i fabryka czekolady

   Przepadam za czekoladą. Mleczną. Podobno prawdziwy smakosz nie tknie czekolady mlecznej. Najwyraźniej nie jestem prawdziwym smakoszem. Pewnie nie jestem też prawdziwym globtroterem, bo taki nie uznaje turystyki zorganizowanej, a już z pewnością trzyma się z daleka od wycieczek fakultatywnych. Ale czy przejeżdżający przez Dunedin czekoladoholik może powstrzymać się od zwiedzenia tamtejszej fabryki czekolady? Szczególnie, gdy organizator kusi możliwością popróbowania produkowanych tam słodkości? Wycieczka do fabryki firmy Cadbury w Dunedin cieszy się wśród odwiedzających miasto turystów większym powodzeniem niż odbywające się na podobnych zasadach zwiedzanie tamtejszego browaru.

   Istnienie czekoladoholizmu, czyli uzależnienia od czekolady, jest poddawane przez naukowców w wątpliwość. Może zamiast badać procentową zawartość w czekoladzie kofeiny, teobrominy, anandamidu i innych substancji uzależniających, uczeni powinni uważniej przyjrzeć się zwiedzającym fabrykę czekolady? Na przykład tym kilkudziesięciu osobom, które razem ze mną czekały na rozpoczęcie zwiedzania, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę i rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę firmowego sklepiku. Dzieciom, nastolatkom i dorosłym, których łączyły rozbiegane, błyszczące oczy i których cierpliwość wystawiona była na dużą próbę. Najpierw musieliśmy bowiem przejść przez salę edukacyjną.



Ziarna kakaowe
   Zaczęliśmy od zapoznania się z ziarnami kakaowymi, czyli nasionami drzewa kakaowego (kakaowiec właściwy, łac. Theobroma cacao). Do fabryki w Dunedin dostarczane są z plantacji w Malezji. Mogliśmy się im do woli przyglądać, próbować i wąchać. Pachniały delikatnie czekoladą, wprawne nosy mogły też wyczuć w nich lekki aromat octu – zapach ten powstaje w czasie fermentacji, której poddawane są owoce kakaowca przez kilka dni po zerwaniu z drzew. Późniejsze prażenie wzmacnia czekoladowy aromat. Oczywiście wszyscy chcieliśmy zobaczyć, co znajduje się w środku ziaren, to jednak nie było takie proste. Za pomocą paznokci i zębów w końcu każdemu udało się usunąć łupinę i skosztować ciemnobrązowego miąższu. Był kruchy i gorzkawy, jak ciemna czekolada.

   Z uprażonych a następnie zmielonych ziaren uzyskuje się dwa produkty: masło kakaowe i proszek kakaowy czyli kakao. Przed przejściem do następnej sali zdążyłam sobie zanotować, do późniejszego wypróbowania, dawny przepis na kakao gotowane w garnku:

   Weź jedną uncję kakao i gotuj w ¾ kwarty wody przez 10 albo 15 minut. Trzymaj blisko ognia aż się ustoi i zrobi klarowne, po czym zlej do drugiego naczynia i natychmiast podaj. Pij jak kawę, posłodzone drobnoziarnistym cukrem i z niewielkim dodatkiem śmietanki lub mleka. To kakao powinno być wypite zaraz po przyrządzeniu, w przeciwnym razie straci na smaku.

   To stara receptura Anny Fry, której rodzina związana była z produkcją czekolady już od połowy XVIII wieku, a w 1919 roku połączyła siły z firmą Cadbury.

   Historia czekolady jest dużo starsza. Jako pierwsi, jakieś 1500 lat p.n.e, kakaowiec uprawiać zaczęli prawdopodobnie Indianie z plemienia Olmeków. Ziarno kakaowe było wówczas cennym surowcem i służyło nawet jako środek płatniczy. Przez cały okres panowania Majów niesłodzony napój czekoladowy, dostępny jedynie dla elity, pity był podczas świąt religijnych. Po Majach tradycję picia czekolady kontynuowali Aztekowie. To od azteckiego xocolatl  - "gorzka woda" pochodzą współczesne formy słowa czekolada.
   Na początku XVI Krzysztof Kolumb przywiózł kakao do Europy, prosto na hiszpański dwór. Zwyczaj picia czekolady poznał też hiszpański konkwistador, Ferdynand Cortez, gdy w 1519 roku przybył na dwór azteckiego władcy Montezumy II. Początkowo tylko Hiszpanie rozkoszowali się czekoladowym napojem, uzupełniając przy okazji jego recepturę o cukier i wanilię. Sto lat musiało upłynąć, zanim napój ten zagościł w innych krajach Europy.
   Początki handlu czekoladą były pełne niebezpieczeństw. O przejęcie kontroli walczyli między sobą Hiszpanie, Włosi, Holendrzy, Francuzi i Portugalczycy. Na początku XVIII w. przemytnicy wszelkimi sposobami starali się obejść ostre kontrole i próby regulacji eksportu ziaren i surowców czekoladowych. W 1701 roku jezuici chcieli przemycić do Hiszpanii sztabki złota pokryte dla niepoznaki czekoladą. Nie był to mądry pomysł, ponieważ całe złoto należało do króla, a i czekoladę bardzo lubiano na jego dworze.

   Przez długi czas wyroby czekoladowe były dostępne wyłącznie dla elity. Dopiero w latach 30. XVIII wieku cena ziarna kakaowego spadła z 3 dolarów za funt do poziomu dostępnego dla osób mniej zamożnych.
    Twardą czekoladę zaczęto jeść w 1674 roku. W 1795 roku Joseph Fry do mielenia ziaren kakaowych zastosował silnik parowy i odtąd produkcja czekolady mogła ruszyć na skalę przemysłową. W 1847 w jego fabryce wyprodukowano pierwszą tabliczkę czekolady, ale to Szwajcar, Daniel Peter, 30 lat później znalazł sposób na zrobienie czekolady mlecznej i został współzałożycielem firmy Nestlé. I tak ruszyła lawina – pierwsze czekoladowe cukierki, bombonierki, cukierki nadziewane – która zdaje się nie mieć końca. Ku wielkiej radości czekoladoholików.


W firmowym samochodzie

   Zaraz, zaraz! Chyba już wystarczy tych informacji? Pochodzenie czekolady, stare przepisy, nowe i dawne czekoladowe wyroby, które mogliśmy podziwiać w gablotach, wszystko to było bardzo interesujące, ale przestało mieć znaczenie, jak tylko dowiedzieliśmy się, że za następnymi drzwiami czeka na nas... czekoladowy wodospad. Zostaliśmy poprowadzeni długim korytarzem, a z każdym krokiem słodki zapach czekolady stawał się coraz lepiej wyczuwalny. W półmroku ostrożnie wspięliśmy się po krętych schodach, mocno przytrzymując poręczy, bo metalowe stopnie upstrzone były kleksami miękkiej czekolady. Im wyżej wchodziliśmy, tym cieplej się robiło. A gdy tylko doczłapaliśmy do antresoli biegnącej wokół okrągłej ściany silosu, w którego wnętrzu się znajdowaliśmy, z góry spadła tona (a może więcej?) płynnej czekolady. Zrobiło się jeszcze cieplej i bardzo słodko...

   Muszę pochwalić organizatorów, którzy już wcześniej zaopatrzyli nas w próbki produkowanych tu słodyczy, inaczej, daję słowo, zanurkowalabym w ślad za spadającą czekoladową masą. Ale i tak niełatwo było wyciągnąć oszołomionych spektaklem widzów z powrotem na teren fabryki. Oglądanie linii produkcyjnej nie wywołało już takiego entuzjazmu, aczkolwiek krótki wykład o rodzajach czekolady, wygłoszony przez pulchną, piegowatą blondynkę znów nas ożywił. Nie wzruszyła nas wiadomość, że czekolada gorzka zawiera przynajmniej 70% miazgi kakaowej, mleczna ma dodatek sproszkowanego mleka, a w białej brak jest proszku kakaowego. Nie, to raczej przeczucie, że już za chwilę będziemy mogli nabyć te produkty w dowolnych ilościach i konfiguracjach w firmowym sklepiku wróciła nam życie. Darmowe próbki zdążyły się bowiem skończyć.

czekoladki z dawnych lat
Czekoladki z dawnych lat

   Nie przyznam się, jak duże czekoladowe zakupy zrobiłam w Dunedin. Pitnej czekoladzie w proszku i miętowej nadziewanej udało się opuścić Nową Zelandię razem ze mną. Mleczna z nadzieniem sernikowym, wielosmakowy Triple Decker i wiele, wiele innych zostało zjedzonych na miejscu. Szkoda, że niektóre z nich produkowane są tylko w Nowej Zelandii.


Zdjęcia autory

Zobacz też:
Magiczna podróż
Usprawiedliwienie deseru