Drukuj
Sierpień 2009 autor: Jan Śliwa

Hagiografie i historie sekretne

Cesarzowa w cyrku

W VI wieku panował w Konstantynopolu Justynian, jeden z najwybitniejszych cesarzy bizantyjskich. W zwycięskich wojnach odzyskał znaczną część Imperium Rzymskiego z rąk barbarzyńców. Prowadził też intensywną działalność budowlaną – za jego czasów powstał m.in. kościół Mądrości Bożej, Hagia Sophia. Czyny jego sławił historyk Prokop z Cezarei, godny następca Herodota i Tukidydesa. Księgi O wojnach i O budowlach były co prawda panegirykami, lecz  nie kłamstwem, Justynian Wielki zasłużył sobie bowiem na parę ciepłych słów. Jednak musiały one Prokopowi nie wystarczać, ponieważ napisał również Historię sekretną (Anekdota), w której zwłaszcza cesarzowa Teodora została przedstawiona w mniej korzystnym świetle. Na mozaice w Rawennie widzimy ją jako godną władczynię, a według Prokopa występowała w młodości w cyrku jako mima, ukazując się prawie nago w lubieżnych tańcach. Prokop zmarł trzy lata przed swoim władcą, wcześniejsze opublikowanie Historii sekretnej byłoby niebezpieczne, wobec czego ujrzała ona światło dzienne dopiero ponad 1000 lat później, gdy nie mogła już zaszkodzić swojemu autorowi. Nie muszę dodawać, że jedynie ona jest obecnie czytana przez niespecjalistów.

Co jednak jest prawdą? Czy leży ona w przysłowiomym środku? Czy dopiero w Historii sekretnej wywalił Prokop całą prawdę chcąc odreagować napuszone panegiryki? Czy odreagowując przegiął, czy chciał się za coś odegrać? Nie wiemy.

Biografie przyjazne i nieprzyjazne

Jak pisać biografie? Niektórzy – jak Plutarch – pragną podbudować morale czytelników przykładnymi żywotami, u innych – jak Swetoniusza – dominuje sensacja i action. Są biografie pisane na kolanach, z szacunkiem, przyjazne. Są też demaskatorskie, obrazoburcze i mściwe.

Według krakowskiej legendy malarzowi Janowi Styce sama Matka Boska powiedziała: ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze. Hagiografie nie są w modzie – z jednym wyjątkiem. Tu, na cynicznym Zachodzie czczona jest pamięć Ernesto Guevary, zwanego el Che, czyli słuchaj, stary (coś jak Radziwiłł Panie Kochanku). W najlepszej berneńskiej księgarni w dziale angielskich książek historycznych poświęcony jest mu ołtarzyk z około dziesięciu pozycji. Wśród nich znajdziemy Guerilla Warfare (Amazon) z zachęcającym podtytułem From the bestselling author of  The Motorcycle Diaries. Wielki Che jak autor bestselerów w imperialistycznym wydawnictwie! Książka wielce praktyczna – podaje, jak wysadzać tory kolejowe, jak wiązać ogniem przeważające siły nieprzyjaciela i jaka jest optymalna liczebność grup partyzantki miejskiej. I jeszcze o kobietach, które potrafią walczyć ramię w ramię z mężczyznami, ale też chętniej wykonują zadania, do których nie dają się zagonić faceci. A guerillero ceni sobi, gdy ktoś mu ugotuje posiłek wart tej nazwy. Jakby co, będzie jak znalazł. Zainteresowani mogą temat pogłębić czytając dziełko Mao Tse-tunga (Amazon) o tym samym tytule.

Są osoby, o których wolę czytać biografie przyjazne. Zalicza się do nich niewątpliwie Jan Paweł II, a kiedyś należał do nich również Lech Wałęsa. Skądinąd nie sądzę, by w życiu papieża kryły się jakieś zasadzki, co nie znaczy, że wszystko ma być proste, łatwe i oczywiste. Ostatnio opublikowano listy Matki Teresy o jej wątpliwościach i chwilach słabości, ale dla mnie ukazują ją raczej jako osobę z krwi i kości, taką jak my, lecz jednak zdolną do rzeczy wielkich.

Na drugim biegunie są biografie nieprzyjazne. Jung Chang, autorka (wraz z mężem, Jonem Hallidayem) obszernej biografii Mao: The Unknown Story, ma na pewno coś do odreagowania. Urodzona w 1952, jako czternastolatka wstąpiła do Czerwonej Gwardii i przeszła całe pranie mózgu, typowe dla swojej generacji. Dopiero po publicznym poniżeniu rodziców, a zwłaszcza po śmierci Mao wyzwoliła się spod jego wpływu. Czy przez to książka jej jest zła? Na pewno nie podoba się maofilom, bo nie zostawia na nim suchej nitki. Niektórych może podniecać jego baraszkowanie z panienkami, gdy kraj głoduje. Dla mnie bardziej szokujące jest poświęcanie setek tysięcy chińskich żołnierzy, z całkowitym lekceważeniem dla koreańskich żołnierzy i cywilów, by wyrobić sobie lepszą pozycję wobec Kremla. Zakładał mianowicie, że nawet przy stosunku strat 10:1 amerykańska wola walki wyczerpie się wcześniej. To wszystko straszne, ale czy nieprawdziwe? Autorzy włożyli w nią 12 lat pracy, rozmawiali z setkami osób. Sensowna polemika z faktami wymagałaby ich ponownego zbadania. Oczywiście można się również zasłaniać tysiącami referencji, podwyższając poprzeczkę oponentom. Co do opinii i konkluzji – dla niektórych Mao jest bohaterem, dla innych rzeźnikiem.

W podobnym nurcie jest Młody Stalin Simona Sebagha Montefiore. Pełno tam napadów na banki, kochanek, czasem ciężarnych. Dowiedziałem się, że Lenin kochał Kraków, a zwłaszcza lubił przesiadywać u Hawełki. I tego, że Stalin jadąc do niego został źle obsłużony w restauracji stacyjnej w Trzebini. Seks i przemoc. Zero sympatii.

Biografie Hitlera to temat sam dla siebie. Ponieważ wszyscy uważają go za wielkiego rzeźnika, nie ma dla niego taryfy ulgowej. Z tym że samo ujęcie może być różne: od marionetki procesów ekonomiczno-społecznych po przypadek dla psychoanalityka. Niektórzy w ramach politycznej poprawności głoszą, że faszyzm był zjawiskiem nieporównywalnym z niczym w historii ludzkości. Brzmi to szlachetnie, jednak nie pozwala się niczego z tego nauczyć – Hitler i spółka traktowani są jak Marsjanie, którzy wylądowali w Niemczech w 1933 i równie tajemniczo odlecieli w 1945 w nieznanym kierunku. Jest to wersja niemiecka – zbrodnie wojenne popełnili nie Niemcy, lecz Nazis. Można jednak założyć, że Niemcy, wliczając Hitlera, są biologiczne podobni do innych ludzi, nawet do nas/mnie i że interesujące jest dowiedzieć się, jak doszło do tego, do czego doszło. Można się narazić na straszny zarzut relatywizacji, a stąd o krok do neo- lub kryptofaszyzmu oraz antysemityzmu. Tylko tak jednak może to straszne doświadczenie dać jakeś wnioski na przyszłość. Interesujące jest więc, co Hitlerem powodowało, a do tego potrzebne są detale. Najpierw fakty, potem oceny.

Co pisać o Lechu?

I tu dochodzę do tematu właściwego, czyli do biografii Lecha Wałęsy.

W ramach zagłębiania się w wałęsologię przeczytałem książeczkę Wódz Jarosława Kurskiego, wtedy ustępującego rzecznika Wałęsy, a obecnie pierwszego zastępcy Michnika w Gazecie Wyborczej. Bardzo pouczająca lektura.

Trzeba przyznać, że autor docenia dokonania  Lecha w okresie strajków, jego niezłomność podczas stanu wojennego oraz zdecydowanie w zmieniającej się błyskawicznie sytuacji w 1989, za którą nie nadążał ostrożny Mazowiecki, przyzwyczajony do małych kompromisów.

Pokazana jest cała niekompetencja Wałęsy w kontaktach międzyludzkich, wykorzystywanie i zrażanie do siebie dawnych sojuszników, eksponowanie siebie kosztem innych. Kurski znęca się nad nim relacjonując jego spotkanie z prezydentem Niemiec, Richardem von Weizsäckerem. Sprowadziło się ono do czterdziestominutowego monologu Wałęsy, podczas którego von Weizsäcker przebierał palcami po kanapie i z nudów patrzył w sufit.

Miałem do dyspozycji wydanie oryginalne z 1991 roku. Minipodróż w czasie. Kaczyńscy jeszcze nie są szwarccharakterami, raczej kolejnymi kandydatami do wyrolowania, gdy przestaną być użyteczni. Michnik, przyszły szef autora, nie jest jeszcze wszechwiedzący. Linie frontów przebiegają inaczej niż dzisiaj. Interesujący jest fragment, gdzie Michnik docenia lojalność Wałęsy podczas stanu wojennego wobec środowisk KOR i KPN, mówi, że trzeba mu postawić pół litra za to, że zachował się jak człowiek. No i dobrze. Z tym że jest to reakcją na wcześniejsze obawy. Michnik mi powiedział, iż był przekonany, że Wałęsa zdradzi. Oni tak go oceniali. Zresztą walczyli z nim przez całe szesnaście miesięcy, oskarżając go o to, że jest ubekiem, o różne rzeczy (str. 29).  Na świeżo obraz rzeczy był więc mniej ugłaskany. Dobrze o tym wiedzieć.

Inny detal, dotyczący nowego esbeckiego otoczenia Wałęsy, pozornie mało ważny: Janusz Pałubicki, członek prezydium KKW, wchodząc do sekretariatu Lecha omal nie zemdlał. Wrócił na salę obrad i oznajmił: - Przy drzwiach gabinetu Wałęsy siedzi facet, który w czasie mojego aresztowania pilnował mnie w szpitalu, siedząc murem przy moim łóżku (str. 37).

Przypomnijmy wstęp, brzmi jak prosto z IPN-u: By nie zostać odsądzonym od czci i wiary, i nie być przez niektórych religijnych wyznawców Lecha nazwanym zdrajcą, zaprzańcem, zawistnikiem, mścicielem, frustratem, łgarzem i Bóg wie jesczze kim, powinienem był tę książkę wydać w pięćdziesiąt lat po swojej śmierci. [...] O Wałęsie ukazało się wiele książek. Ale prawie wszystkie pisane były na klęczkach, z religijnym namaszczeniem, od czołobitności i pochwał geniuszu po hagiografię.

Historia zakreśliła niezłe koło.

Tak przygotowani historycznie zabierzmy się do  biografii aktualnych. Książkę Cenckiewicza i Gontarczyka SB a Lech Wałęsa mam w ręce, Biblioteka Wschodnioeuropejska w Bernie nabyła egzemplarz. Nie jestem w stanie zweryfikować kilkuset stron dokumentacji, musiałbym powtórzyć pracę autorów. Powtórzyć i może nawet poprawić, bo nawet oni nie sprawdzili, czy żyje jeszcze kapitan SB Edward Graczyk, który miał zwerbować Lecha Wałęsę. Podali, że nie, naiwnie ufając wyrokowi Sądu Lustracyjnego z 2000. A teraz kapitan Graczyk się znalazł i zrobiła się straszna awantura. Dobrze zapytać, czemu uśmiercił go Sądu Lustracyjny rozpatrujący przyznanie statusu pokrzywdzonego Lechowi Wałęsie, co chciał ukryć?

Na takie badania na pewno nie mam czasu ani funduszy. Mogę się jednak ustosunkować do tonu i wniosków książki. Wielokrotnie zastrzegają autorzy, że opisany jest wyłącznie fragment biografii, a nawet ten może być uzupełniony i rozszerzony, że historycznych zasług Wałęsy nikt nie neguje, ale jest on postacią złożoną, itp. Wobec tego powtarzane uporczywie zarzuty, że autorzy redukują Lecha Wałęsę do TW Bolka, są bezpodstawne.

Książki Zyzaka nie czytałem. Mimo reklamy, jaką zrobiła mu Gazeta Wyborcza (i dzięki której nie zostanie całkowicie dorżnięty finansowo), jeszcze go w mojej bibliotece nie ma. Kiedyś by mnie to może krępowało, ale dziś wypowiadanie się o nieprzeczytanych książkach jest przedmiotem dumy. Tomasz Lis w odpowiedzi na krytykę swojego programu Tomasz Lis na żywo wysłał do redakcji Rzeczpospolitej SMS zawierający taki fragment: Pan Zyzak nie był, nie jest i nigdy nie będzie żadnym partnerem ani dla prezydenta Lecha Wałęsy, ani dla marszałka Bronisława Komorowskiego. A żaden historyk nie jest potrzebny, by stwierdzić, że książka Zyzaka jest haniebna. Rozważanie jej zawartości byłoby niegodne. I dalej, co sugeruje, że tekst jest oryginalny: Rozumiem, że dbałość o standardy każe państwu nie cenzurować moich wypowiedzi.

Nie muszę chyba komentować. Szokujące jest jedynie to, że 9% Polaków uważa go za godnego kandydata na prezydenta RP.

Zyzakowi zarzuca się po pierwsze grzebanie się w prywatnych sprawach Wałęsy (nieślubne dziecko czy legendarne już sikanie do kropielnicy), a po drugie opierania się na przekazach ustnych, często anonimowych. Co do prywatności – amerykańskich kandydatów na urzędy prześwietla się dokładnie, włącznie z kochankami, sprzątaczkami zatrudnianymi na lewo i jointami palonymi na studiach (bez zaciągania). Jakoś z tym żyją. W przypadku postaci wielkich tym ciekawsze jest, jak działają, co ich motywuje, skąd pochodzą, jakie mieli dzieciństwo. Święty Augustyn w Wyznaniach dokonał autolustracji, pisał o miłostkach, pasji dla walk gladiatorów i płaczu matki. Nie przeszkodziło to mu zostać świętym.

Co do warsztatu, to na relacjach zwykłych ludzi opiera się choćby Strach Grossa.Trudno mi powiedzieć, na ile Zyzak swoich informatorów weryfikuje, na ile jest łatwowierny. W każdym razie zapewnia, że relacje anonimowe weryfikował z wielu źródeł, a wielu rozmówców zastrzegło sobie dyskrecję. Nie należy się temu dziwić, wiedząc że prawnicza ciężka artyleria, jaką byłby w stanie wytoczyć Wałęsa, mogłaby zniszczyć ich egzystencję. A że nie wszyscy milczą, pokazuje artykuł i wideo w Gazecie Pomorskiej. Wystarczy się pofatygować.

Nie twierdzę, że książka ta jest doskonała. Interesuje mnie zresztą bardziej jako zjawisko socjologiczne ze względu na histerię, jaka się po jej publikacji rozpętała.

No i co w końcu wolno? Może jednak coś wolno (zależy komu) – Agora wznowiła Wodza w grudniu 2008, co prawda z uzupełnieniami, w tym z polemiką z książką Cenckiewicza i Gontarczyka. Chyba jednak nie poprawiono starego tekstu. Gdybym był byłym prezydentem, może prędzej bym zaakceptował to nieślubne dziecko, w końcu ludzka rzecz, błąd młodości, niż tak miażdżącą krytykę sprawowania urzędu.

Odwaga drożeje

I co to się, ludzie, porobiło! Niestety, niektórym w ogniu walki wyłączył się mózg. Władysław Frasyniuk stwierdził: Z takimi ludźmi nie prowadzi się dyskusji, można im dać w twarz. A Jerzy Owsiak dodał: Chociaż jestem pacyfistą, mogę teraz z "baśki" przyłożyć, niech tylko wskaże komu. O Lisie już wspomniałem. Przypomina to dyskusje miczurinowców z genetykami w Akademii Nauk ZSRR: No, towarzysze, bo inaczej porozmawiamy!

Minister Kudrycka w emocjach zapowiedziała najazd kontrolerów na Uniwersytet Jagielloński. Gdy emocje przeszły, a parę słów powiedział premier Tusk, wycofała się z pomysłu. Co ciekawe, Zyzak pojawił się również przy dyskusji o dotacji 200 milionów dla Uniwersytetu. Jedni widzieli w zapowiedzi cofnięcia zemstę za Zyzaka, inni mówili, że Zyzyk obronił miliony, gdy senat takiej decyzji jednak nie podjął. Kudrycka co prawda oznajmiła: Praca Zyzaka miała taki wpływ na moją opinię o dotacji dla UJ jak życie mrówki na układ planet! Kto w to jednak wierzy, w tym kraju, gdzie tzw. życie jest dodatkiem do pijaru?

Niezłe wariatkowo. Uniwersytet Krakowski: od Kopernika do Zyzaka. 600 stron, które wstrząsnęły  Jagiellonką.

Stosy jeszcze nie płoną, nawet książek nie palą. Ale wyrzucenie delikwenta z pracy, to wymaganie minimum. Jak w kawałach: Jadą saniami Polak, Niemiec i Rusek, gonią ich wilki, strzelb nie ma, ktoś musi wyskoczyć... A potem efektywny zakaz publicznego występowania. Jasne też, że Wyborcza nie przepuści instytucji, która odważy się zatrudnić Zyzaka. Za stanu wojennego intelektualiści pracowali jako taksówkarze, nie wiem, jakie są obecnie sensowne opcje. Ponuro.

A konsekwencja jest taka, że historyk z dobrym nosem wyczuwa, jakich pytań zadawać nie należy, a już jeżeli zadać, to która odpowiedź jest właściwa. Zwłaszcza jeżeli historyk ma żonę i dziecko na utrzymaniu. Wszyscy jesteśmy w końcu darwinistami. A za 50 lat może te tematy wreszcie będą modne, lecz świadkowie wymrą, a wykradzione dokumenty rozwieje wiatr. Do tego i wtedy ważniejsza będzie polityczna poprawność niż fakty.

Ile nam mitów potrzeba?

To wszystko jest jednak przykre, bo Wałęsa był kiedyś obiektem moich uczuć i nie dałem powiedzieć o nim złego słowa. Wypuszczane przez komunę jego teksty uważałem za fałszywki. Bolało mnie, gdy Oriana Fallaci określała go jako ignoranta.

Jako rozpoznawalny w świecie symbol jest Wałęsa niewątpliwie użyteczny. Niestety, od dawna podpiłowuje cokół swojego pomnika. Nie wyrzucam mu specyficznego języka, w swoim czasie jego teksty w rodzaju: wadza nas wpuszcza w malyny, że głowa boly było urocze w swojej prostocie i bezpośredniości. Problemy zaczęły być widoczne przy prezydenturze. Nie mogę mu np.  darować wojny na górze. Może uważał, że skoro sam jeden swoimi rękami Solidarność stworzył, sam też może ją rozwalić? W świetle tego, co wiemy dziś, a co było skrzętnie skrywane przez lata, można zadać pytanie, czy wszystkie dziwne decyzje podejmował sam, czy ktoś pociągał za sznureczki. Jestem za, a nawet przeciw, nie chcem, ale będem musiał... Noszono wtedy koszulki z tymi tekstami, a Jarosław Kurski opublikował swojego Wodza. Szokowało mnie to wtedy i drażniło.

A teraz jednak wolę wiedzieć. Chciałbym wiedzieć jeszcze więcej – jak przebiegała nasza okrągłostołowa transformacja, czy był to bohaterski wyczyn, mądry kompromis, kto co przehandlował, czy tylko komuniści wycofali się na bezpieczne pozycje, w sposób całkowicie przez nich kontrolowany.

Moje mity niszczy Jan Jomasz Gross swoim Strachem. Żyłem iluzją, że mój naród jest raczej przyzwoity, choć naiwny, a tu dowiaduję się, jak powszechny i dogłębny jest nasz antysemityzm. Kilkaset lat czekaliśmy, by przybyli do nas Nazis i wybudowali ku naszej radości komory gazowe. Wygląda na to, że statystycznie jestem antysemitą, nie ma na to rady. Długo się przed tym broniłem, nie chcę, ale będę musiał.

Moje mity niszczy Paweł Chochlew filmem Tajemnica Westerplatte. Tak jest, gdy bohaterstwo i obowiązek próbuje opisać ktoś, dla kogo są to pojęcia obce.

Na ogół to konserwatyści bronią mitów, a awangarda je odbrązawia. Pojęcie to wprowadził Boy-Żeleński w eseju Brązownicy w ramach dyskusji, co wolno napisać o Mickiewiczu, który przecież wieszczem wielkim był. Mickiewicz odbrązowiony przeżył, czy nie przeżyje Wałęsa?

Dryblingi Maradony

Jaki jest Lech naprawdę? Kto to wie... Już Wódzpodkreśla jego nieprzewidywalność, dla niektórych jako zaletę. Pamiętamy Maradonę? Potrafił przedryblować przez pół boiska, obrońcy biegną tam, gdzie go dawno nie ma, wślizgi trafiają w powietrze, a on wrzuca piłkę do siatki. Może właśnie tak wykiwał swoich opiekunów? Może myśleli, że chłopek z prowincji, że mają go pod kontrolą, a on się im wymknął. Oczywiście zawsze tak, by jego było na górze, z małym szacunkiem dla kolegów. Ale by rozgrywać piłkę na swój sposób, trzeba się przy niej utrzymać i nawet swoich odganiać, nikomu nie podać. Może miał poczucie misji, nieco megalomańskie, ale jak być przywódcą bez choćby odrobiny megalomanii? Gdyby więcej znaczyła pryncypialna Anna Walentynowicz albo bezkompromisowy Andrzej Gwiazda, może by byli bardziej przewidywalni, łatwiej by było zastawić na nich pułapkę, może szybciej by to się skończyło?

Nie wiem.

Samo bycie Tajnym Współpracownikiem zdarza się w najlepszych rodzinach. TW był Piłsudski, TW był Lenin, ale pierwszy odbudował Polskę, a drugi co prawda osłabił Rosję, ale ukształtował ją po swojemu, a po kilku latach próbował reeksportować rewolucję do Niemiec. Ważne jest, by się z tego uwolnić, a ewentualne miny rozbroić. Nie mam zamiaru próbować tu tworzyć własnej wersji biografii, ale chciałbym, by ktoś to zrobił. Solidnie. Bez tajemnic. I w oparciu o źródła, a nie pobożne życzenia. Ciekawe jednak, kto się teraz odważy.

O dulce nomen libertatis!

I tu mniej więcej miał być koniec, a życie dopisało zaskakujący ciąg dalszy. Oczywiście jutro może przynieść kolejne niespodzianki.

W grudniu były prezydent przyjął hołdy na uroczystości 25. rocznicy przyznania pokojowego Nobla. Premier Tusk powiedział: Drogi Lechu byłeś, jesteś i pozostaniesz legendą, wielkim bohaterem naszej narodowej legendy. Koniec, kropka. A minister Sikorski: Panie Lechu, pan się nie przejmuje tym, co niektóre karły moralne w tej chwili wygadują.

Jeszcze 30 kwietnia był celebrowany w Warszawie jako Special Guest Speaker na kongresie Europejskiej Partii Ludowej. A już nazajutrz pokazał się w Rzymie na konwencji partii Libertas, leżącej politycznie na przeciwnym biegunie. Do tego obcesowo dodał, że zrobił to dla (sporych) pieniędzy. Pieniądze pieniędzmi, podejrzewam jednak, że chciał być raz jeszcze ważnym rozgrywającym, nie tylko maskotką. Zadziałał pewnie też odruch odrzucania klakierów, na co nabrało się już tylu i uroczo nabrał się premier Tusk i jego ludzie, którym się wydawało, że go zagłaskali i mają go na własność. A tu Lech jest znowu za, a nawet przeciw! Oczywiście spotkania z Ganleyem musiał mieć nagrane wcześniej, ale dał się nacieszyć sobą też i innym. Do czasu.

I posypały się na niego gromy, żeby było śmieszniej dokładnie od tych, którzy odpędzali PiSowską sforę. Taka wolta z dnia na dzień to rzadkość. Piotr Stasiński, wicenaczelny Gazety Wyborczej powiedział w TVN24: Lech Wałęsa oddaje się Declanowi Ganley'owi jak kurtyzana. Minister Sikorski: Aż ciśnie się na usta, że Wałęsa rozmienia się na drobne. Gazeta: Jak Wałęsa przynosi wstyd Wałęsie; Ganley sztukmistrzem, Wałęsa królikiem? I jeszcze: Quo Vadis, Panie Wałęsa? No właśnie.
 
Ale gdzie tu szacunek? No i komu ma teraz Frasyniuk dać w twarz, komu Owsiak przyłożyć z baśki? Po co było rzucać słowa na wiatr? Może zamiast się dołączać do polowania z nagonką, lepiej byłoby najpierw pomyśleć?

Czego sobie i wam życzę, Amen.

 

Na marginesie (1):
Przykro myśleć, że naszą politykę międzynarodową kształtują ludzie działający pod wpływem chwilowych emocji, którzy nie potrafią przewidzieć jednego ruchu naprzód. A karły moralne to terminologia jakby z innej epoki.

Na marginesie (2):
Tekst Oriany Fallaci pochodzi z książki Oriana Fallaci intervista Oriana Fallaci (Wywiad Oriany Fallaci z Orianą Fallaci) i w dźwięcznej włoskiej mowie brzmi:
Se pensi ad esempio che quell'ubriacone di Yeltzin è stato uno zar  e quell'ignorante di Walesa è stato un simbolo di Libertà, ti senti mancare il fiato. Ed è un fatto che negli ultimi decenni la nostra epoca ha partorito soltanto due leader: Karol Wojtyla e Bin Laden.
Kiedy pomyślisz na przykład, że taki pijak jak Jelcyn był carem, a taki ignorant jak Wałęsa symbolem wolności, zapiera ci oddech. Faktem jest, że w ostatnich dziesięcioleciach nasza epoka zrodziła jedynie dwóch liderów: Karola Wojtyłę i Bin Ladena.

Na marginesie (3):
Nieczytania książek – nieco bardziej kulturalnie niż pan Lis – broni książeczka Pierre'a Bayarda Comment parler des livres que l'on n'a pas lus? (Jak rozmawiać o nieprzeczytanych książkach?) Mam ją przed sobą, przerzuciłem w kilka minut – czy powinienem ją całą przeczytać? Według klasyfikacji Bayarda zaliczam ją do LP++, livre parcouru, avis très positif. Zdanie pozytywne, bo czasem coś prowokującego a zgrabnego dobrze przewietrza atmosferę. I tyle, na razie odkładam.