Damskie sikanie wychodzi z cienia

Damskie sikanie wychodzi z cienia

    Człowiek, jak wiadomo, składa się głównie z wody. Trudno się więc dziwić, że płyny zajmują poczesne miejsce w kręgu ludzkich zainteresowań. Bo nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, bo jak nam życie zbrzydnie, to pocieszamy się płynem zawierającym procenty, bo należy pić przynajmniej dwa litry płynów dziennie, bo bez jedzenia człowiek może przetrwać znacznie dłużej niż bez picia, bo pewien facet, zażywający kąpieli z niejaką Eureką, sformułował prawo o tym, że ciało zanurzone w płynie pozornie traci na ciężarze i w ogóle panta rei.

    Jakkolwiek wiele uwagi poświęcamy przyswajaniu płynów, to już kwestia ich wydalania z organizmu, nie wiedzieć czemu, traktowana bywa po macoszemu jako temat wstydliwy. A przecież wiadomo, że coś się z tymi przepisowymi dwoma litrami dziennie musi dziać. Że nerki są nam potrzebne nie tylko do ozdoby i że jest jakiś powód, że kosztują taką kupę kasy na czarnym rynku. Że skoro coś wpłynęło to i w końcu wypłynie.

    A więc powiedzmy to sobie szczerze i otwarcie – sikamy. Sikamy wszyscy, bez żadnej dyskryminacji z powodu płci, wyznania, rasy, orientacji seksualnej i statusu majątkowego. Ale sikamy różnie. 

    Bazując na własnym doświadczeniu, mogę wyróżnić kilka rodzajów sikania.
    Zatem sikanie początkowe i cały splendor z nim związany. Nigdy w całym swoim życiu nie doświadczamy tak spektakularnych sukcesów tak małym nakładem kosztów, jak w czasach kiedy mamy rok/półtora i uda nam się naturalną potrzebę zgrać w chaotycznej czasoprzestrzeni z bliską obecnością nocnika. Zgromadzona wokół rodzina z wypiekami na twarzy bije brawo, chciałoby się bisować, ale już surowca brak, no ale nie szkodzi, bo wieść lotem błyskawicy rozniesie się po świecie i nagłym telefonem wyrwana z głębokiego snu ciocia w Bostonie też będzie wraz z nami świętować nasz sukces. Oto znaleźliśmy się w ekskluzywnym klubie osób niesikających w majtki, w dowód uznania dostajemy pluszaka albo budyń, hurra!

    Potem następuje sikanie szkolne, średniozaawansowane. Często bywa ono celebrowane w szerszym gronie. Do toalety rzadko chodzi się samotnie, najczęściej towarzyszy nam przynajmniej jedna koleżanka. Wspólne doświadczenie sikania zbliża na tyle, że już bez skrępowania można przy okazji omówić wady i zalety Piotrka z szóstej c, uzgodnić, jakiej odpowiedzi powinnyśmy udzielić Marcinowi, który właśnie poprosił nas o chodzenie, czy czekać aż się Piotrek określi, czy brać to, co jest, a przy okazji można sobie wpisać ze dwie piątki z biologii w podwędzonym z pokoju nauczycielskiego dzienniku.

    Odrębną kategorią jest sikanie wycieczkowo-obozowe, znane także jako sikanie nerwowe. Nawet oddalając się na tzw. stronę w grupce jednopłciowej nie można się całkowicie zrelaksować, gdyż zawsze się zdarzy, że jakaś bardziej nerwowa koleżanka wykrzyknie znienacka "chłopaki podglądają!". Wtedy właśnie nabywamy cennej umiejętności sikania na stojąco, której nie zawahałabym się nazwać sikaniem zaawansowanym. Nie jest tak bardzo skomplikowane, jakby się mogło wydawać. Przede wszystkim należy trzeźwo ocenić, co się ma na sobie, ponieważ sukces w połowie zależy od elastyczności dolnych partii naszej odzieży. Jeśli ubranie umożliwia wzięcie je w garść w tzw. kroku i odsunięcie od ud na tyle, by zapewnić swobodny spływ to nie ma przeciwwskazań, aby, najpierw na Małysza, a z biegiem czasu coraz bardziej swobodnie, sikać na stojąco. Drugą połową sukcesu jest wyćwiczenie mięśni Kegla (my je mamy, nie Kegel, on je tylko znalazł), co pozwoli na kierowanie strumieniem, a także na uprzyjemnianie życia sobie i innym w czasie pozaszkolnym, co jest aspektem sprawy na zupełnie inną okazję i teraz nie będziemy się nim zajmować.

    Często zdarza mi się słyszeć od mężczyzn pytanie, które, z niewielkimi modyfikacjami, brzmi następująco: "co, u diabła, kobiety mogą robić w kiblu TYLE CZASU???". 
Otóż sikanie damskie różni się od męskiego tym, że sikający mężczyzna ma świadomość sikania oraz tego, że towarzyszy mu konkretny dźwięk. Kobiety zaś starają się sikać tak, jakby nie sikały, a ów dźwięk wyeliminować, co siłą rzeczy musi trochę trwać.
    Skąd kobiece przekonanie, że jedynym słusznym sikaniem jest sikanie bezgłośne – trudno orzec. Mogę sobie gdybać, że mamy tu do czynienia z atawizmem kulturowym – kobieta przez wieki funkcjonowała w kulturze jako istota uduchowiona, niemal bezcielesna (na równi z wizją kobiety silnie związanej z naturą, w której obecności mleko się warzy, a kury przestają się nieść), jako muza, natchnienie poetów, obiekt westchnień trubadurów, opromieniona tajemnicą pani serca, na cześć której toczono pojedynki. Jeszcze w XIX wieku mówienie do kobiety "mój aniele" było dość powszechnie przyjęte i faktycznie mogłoby wyglądać niestosownie, gdyby "anioł" zadarł kiecę i poszedł się wysikać w kakofonii dźwięków, jak nie przymierzając chłop, który dopiero co odszedł od kosy.
    Mężczyźni mają dodatkowe wytłumaczenie – muszą celebrować sikanie, bo jakiekolwiek zaburzenia tej czynności mogą w późniejszym wieku zaowocować problemami z prostatą. My prostaty nie mamy, a zatem to wytłumaczenie odpada, niemniej jednak zaryzykowałabym stwierdzenie, że w obecnych czasach wszechobecnych reklam podpasek, środków na potencję, na bóle menstruacyjne, na zaparcia i odwrotnie – na biegunki, czas się odanielić i wyjść z podziemia z naszym damskim sikaniem. Kolejki w publicznych toaletach się zmniejszą.

    Ja ze swoim sikaniem wyszłam z podziemia fantazyjnie i spektakularnie pewnego pięknego świtu na polu namiotowym, kiedy to mniej więcej o piątej rano obudziła mnie pilna potrzeba natychmiastowego zrobienia siusiu. Wyjrzałam z namiotu - cisza, spokój, wszyscy śpią, więc zdecydowałam, że nie pójdę do kibla, bo za daleko i kibel się strasznie giba, tylko taką wąską ścieżynką w kierunku jeziora i gdzieś w boczek...
Mocno zaspana wybrałam sobie stosowny boczek i załatwiłam sprawę w tempie ekspresowym. Kiedy wróciłam do namiotu, mój mąż również się przecknął i także postanowił wyjść, z tego samego, co ja, powodu. Z czystym sumieniem poleciłam mu swoją trasę, no ale poszedł i nie ma go i nie ma. W końcu wrócił, więc zapytałam, gdzie był do diabła ciężkiego. Ano w kiblu był.
    No więc się zdziwiłam, dlaczego w kiblu, skoro tu ścieżynka blisko... No ale przecież - powiedział nieco zdumiony mój mąż - tam siedzi facet na krzesełku turystycznym i książkę czyta, to co, miałem mu nasikać na nogi? O matkoboska - wyszeptałam pobożnie - to znaczy, że pewnie ja mu nasikałam na nogi. I nawet nie sądziłam, że człowiek się może w jednej chwili zrobić taki naprawdę malutki... Kiedy mąż oznajmił, że zidentyfikował obsikanego faceta jako mieszkańca przyczepy stojącej dokładnie naprzeciwko naszego namiotu, to już w ogóle myślałam, że zniknę. Na szczęście okazało się, że facet musiał być jeszcze bardziej spłoszony niż ja, bo przez cały dzień w ogóle z przyczepy nie wyszedł.

Czego i Państwu życzę.



{jos_sb_discuss:4}

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl