Nie pisząc

Esyfloresy

    Na początek krótkie pytanie - jak sobie radzicie z tak zwaną pracą twórczą? Przyjmijmy, że za pracę twórczą uważamy: napisanie wypracowania lub rozprawki, przygotowanie raportu dotyczącego wyników sprzedaży w naszym dziale, stworzenie listu do administracji w sprawie ciągle psującej się windy albo pisma przewodniego, które ma być dołączone do rozsyłanych klientom katalogów. Tego rodzaju tekst aż się prosi o twórcze natchnienie, szaloną wenę, połączoną z rozrywaniem szat w akompaniamencie spazmatycznych szlochów, a już co najmniej miarowego, wzruszającego kap-kap. Praktyka nieco od tego obrazu odstaje.


    Jeżeli o mnie chodzi, to widok otwartego dokumentu tekstowego na monitorze mojego komputera pobudza mnie do wytężonej pracy. Z natury jestem leniwcem i z upodobaniem pielęgnuję swoje lenistwo. Jednak na dokument tekstowy reaguję jak strażak na dźwięk syreny. Zrywam się na równe nogi i zaczyna się... Na początek prasowanie. Wymiętych ubrań nigdy nie brakuje, poza tym, po co prasować zwyczajnie, skoro można artystycznie. W prasowaniu artystycznym główny nacisk kładziemy na kanty, mankiety oraz kołnierzyki. Dzianinę prasujemy przez ścierkę, co oczywiście nie oznacza, że po uprasowaniu swetra ścierkę można uznać za gotową do użytkowania. Ścierkę prasujemy oddzielnie. Dla zwolenniczek prasowania ekstremalnego, doskonałym materiałem są męskie slipy - ze względu na tę zabawną wstawkę z przodu.
    Przy prasowaniu trochę się zgłodnieje, więc można się zabrać za gotowanie. Niezłe są produkty łatwo przypalające się, bo można mieć nadzieję, że zmywarka nie poradzi sobie ze spalonym garnkiem i trzeba będzie spędzić długie kwadranse na ręcznym szorowaniu druciakiem.

    W pracy oczywiście te czynności odpadają, ale dla chcącego nic trudnego. Zawsze mamy do dyspozycji biurko z zalegającymi w szufladach kopiami faktur sprzed trzech lat oraz dwoma plastikowymi koszyczkami, szczelnie wypełnionymi niezwykle pożytecznymi gadżetami dodawanymi do gazet. Niedawno właśnie, przy okazji pisania listu do jednego z klientów firmy, odkryłam w swoich szufladach jakieś piętnaście próbek kremów i szamponów, plastikową bransoletkę, pokazującą stopień zestresowania użytkownika (niski – chyba jest zepsuta), budyń waniliowy, zupę owocową z makaronem, komplet naklejanych tatuaży, złamane serce na rzemyku (z okazji Walentynek), test ciążowy oraz niebieskie stringi (to także dodatki do gazety). Taki połów oznacza zyskanie przynajmniej dwóch cennych godzin, które odwleką w czasie konieczność podjęcia pracy twórczej. Nie ulega wątpliwości, że artykuły spożywcze należy oczywiście natychmiast wypróbować. Potem następuje staranne oklejanie się tatuażami, następnie można zrobić sobie test ciążowy, a potem, mając do dyspozycji pozostałe gadżety, urządzić coś rodzaju wyprzedaży, absorbując nią wszystkich współpracowników.

    Niezłym sposobem jest zaserwowanie całemu biuru podrabianego cappucino. Podrabiane cappucino robi się przez połączenie kawy rozpuszczalnej z cukrem i odrobiną mleka oraz ubicie tej mikstury do konsystencji gęstego kogla-mogla. Potem należy dodać wodę. Przygotowanie tego napoju dla piętnastu osób trwa około półtorej godziny, zatem jest to umiejętność cenna.

    Hipnotyzująco pulsujący na monitorze dokument tekstowy stał się początkiem wielu moich ciekawych doświadczeń życiowych. Na przykład, heroicznego ocalenia z pożaru dwóch marchewek i selera, należących do sąsiada z parteru (pamięć pietruszek uczcijmy minutą ciszy). Starałam się właśnie nie pisać pracy magisterskiej, kiedy moją uwagę zwróciło nagłe poruszenie wśród sąsiadów oraz kłęby dymu wydobywające się z okna na parterze. Konieczność wyruszenia z misją ratunkową padła na mnie, ponieważ byłam w tym gronie jedyną osobą przed pięćdziesiątką, a Bruce Willis jakoś nie kręcił się w pobliżu. Weszłam więc przez lufcik do mieszkania sąsiada i uratowałam od spalenia wyżej wymienione warzywa.

    Innym ciekawym przypadkiem była wyprawa do centrum handlowego, którą podjęłam, ostatecznie zniechęcona brakiem jakiegokolwiek pomysłu na zapełnienie pustego dokumentu... Już w tramwaju rozmyślania na temat imiesłowów biernych przerwał mi schludny młodzieniec, oczywiście kompletnie pijany, który uznał za stosowne podzielić się ze mną uwagami na temat mojej pupy. Zawsze przyjmuję tego rodzaju zagajenia z filozoficznym spokojem, wychodząc z założenia, że każdy człowiek posiada jakiś dar, a moim akurat jest umiejętność magnetycznego przyciągania osób nietrzeźwych. Kiedy pijak wsiada do autobusu lub tramwaju, którym jadę, nie ma rady, choćby nawet bardzo nie chciał – musi się do mnie odezwać. Nie warto walczyć z przeznaczeniem, bywają gorsze rzeczy - mam znajomego, który posiada dar zawieszania komputerów... 
    Resztę dnia spędziłam w towarzystwie innego młodego człowieka, który opowiedział mi szczegółowo o tym, jak to narzeczona go rzuciła z tak błahego powodu, że miał z nią o jedenastej kupować buty, a zadzwonił dwanaście godzin później, bełkocząc w słuchawkę, że się trochę spóźni. A przecież mieli już wybierać obrączki...
    Jadłam tortellini na ostatnim piętrze galerii, zestawiając w myślach właśnie zakupione spodnie z czarną bluzeczką, której, wydawało mi się, już nigdy nie założę, a młody człowiek naprzeciwko mnie wypowiadał się na temat swojego życia, nadużywając słowa "przesrane". Kiedy wróciłam do domu, okazało się niespodziewanie, że pusty dokument nadal jest pusty, chociaż zostawiłam go samego na pół dnia. Pomyślałam, że dam mu jeszcze jedną szansę i pójdę do kina, ale przyszło mi do głowy, że przypuszczalnie natknę się na jakiegoś samobójcę, którego trzeba będzie odcinać, więc zrezygnowałam.

    Inne wspomnienie wiąże się z wypracowaniem na temat Ludzi bezdomnych, do których zawsze żywiłam głęboką odrazę, w związku z czym dość chętnie przyjęłam propozycję randki w ciemno z kolegą chłopaka mojej przyjaciółki. Randka była bardzo "w ciemno". Tak bardzo, że kiedy dotarłam na Plac Zamkowy, od kolumny Zygmunta oderwała się ciemna sylwetka, z miejsca czyniąc mi wyrzuty, że się spóźniłam, więc poczucie winy nie pozwoliło mi pytać o personalia. Sytuacja skomplikowała się w momencie, gdy zza kolumny Zygmunta wyłoniła się druga ciemna sylwetka z niemal identycznym tekstem. Chwilę trwało ustalenie kto jest kim, a potem, w idealnej zgodzie udaliśmy się wszyscy troje do kawiarni. To nie Harlequin, tylko zwyczajne życie, więc z żadnym z tych dżentelmenów nie utrzymuję znajomości, a tamto zdarzenie w najmniejszym stopniu nie przyczyniło się do zmiany zdania, jakie mam na temat Żeromskiego.

    Proszę Państwa! W najbliższym czasie czeka mnie konieczność zapełnienia wielu dokumentów tekstowych. Jeśli ktoś z Państwa przewiduje pożar albo chciałby mnie umówić ze swoim ciotecznym bratem, na którego zawsze wszyscy wołali "oferma", lub też wynająć mnie do noszenia węgla, serdecznie zapraszam. Telefon kontaktowy do uzyskania w redakcji.

Ilustrowała: Anna Fudyma/pinezka.pl

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl