Jaka piękna katastrofa

Esyfloresy
ilustr. Anna Fudyma


   Można wręcz powiedzieć, że lubimy katastrofy. Umożliwiają okazanie naszej głęboko skrywanej na co dzień wrażliwości, pozwalają poklepać się po plecach, że tacy jesteśmy prospołeczni i altruistyczni, wypisz wymaluj doktor Judym i Siłaczka w wersji wash and go.

 


   Jacy jesteśmy – każdy widzi. Lubimy się wzajemnie obwarczeć,  podstawić nogę, podłożyć świnię, oszukać, wyrolować, pouczyć, obtrąbić, wcisnąć komuś kartofle zamiast wylicytowanej komórki,  kurczaka po wielokrotnym recyclingu albo nieprzebadaną krowę. Zataić ważną informację o wirusie albo wpakować w parówki nienadające się do spożycia składniki i zareklamować  jako idealne pożywienie dla dzieci. Położyć pacjenta na szpitalnym korytarzu i poczekać z przeniesieniem do sali, aż rodzina zbierze stosownej wysokości łapówkę. Niespecjalnie cenimy jednostkę jako taką i właściwie rzadko ją dostrzegamy. Chyba, że stanie się jej coś złego. Wtedy to zupełnie inna sprawa i zupełnie inna jednostka. Najlepiej, jeśli nieszczęście, które się jej przydarzy, jest naprawdę poważnego kalibru. Nie jakaś tam zwykła przemoc domowa,  nie jakaś tam zwykła zdrada małżeńska – takie problemy nie cieszą się dużą popularnością  i najlepiej to je, panie, pod dywan wmieść, to nikt nie zauważy. Najlepsza jest prawdziwa, pokazowa katastrofa o dużym zasięgu.

   Można wręcz powiedzieć, że lubimy katastrofy. Umożliwiają okazanie naszej głęboko skrywanej na co dzień wrażliwości, pozwalają poklepać się po plecach, że tacy jesteśmy prospołeczni i altruistyczni, wypisz wymaluj doktor Judym i Siłaczka w wersji wash and go. Zalani łzami zgłaszamy się do punktów krwiodawstwa, oddajemy w ramach pomocy rzeczy, które już dawno przestały nam się podobać albo których kompletnie nie potrzebujemy, stuprocentowo pewni, że ofiarę kataklizmu najbardziej uraduje prawie chanelowski żakiecik, w który już się nie mieścimy. Wzruszeni zalegamy na kanapach przed telewizorami, żądni coraz to nowych niusów, kogo uratowano, a kogo nie, a te psy ratownicze to mają takie wzruszające pyszczki, no po prostu za chwilę przemówią. Dziennikarze doskonale wiedzą, czego się od nich oczekuje i rzucają się tłumnie na każdego zapłakanego człowieka, zasypując go pytaniami: czy bardzo pan cierpi,  co pani czuła, kiedy się pani dowiedziała, a w przypadku opornych, ale obiecująco zbolałych rozmówców, podpowiadają kwestie: należysz do pokolenia JP II, prawda? To musisz bardzo przeżywać jego śmierć. Idziesz teraz  do kościoła pomodlić się, tak?
   Prezenterzy telewizyjni w stosownych, żałobnych strojach i z grobowymi minami przekazują nam najnowsze wieści, starając się ukryć za swoimi plecami zajadłą zakulisową walkę  o to, kto pierwszy poda dającą się potwierdzić informację o śmierci albo dopadnie jakąś efektownie zabandażowaną ofiarę i obfotografuje na wszystkie strony, korzystając z tego, że ze wstrząsem mózgu nie można się skutecznie bronić.

ilustr. Anna Fudyma

   A już w te pędy na miejsce tragicznego wydarzenia lecą, na złamanie karku, politycy wszelkiej maści partyjnej i na wyprzódki zaczynają obiecywać, pocieszać i wygłaszać, prześcigając się w propozycjach opuszczenia flag, ogłoszenia żałób, odwoływania jednych imprez, urządzania innych imprez  oraz przyznawania zapomóg. I robi się naprawdę wzruszająco, naród się jednoczy, wszyscy jesteśmy strasznie szlachetni i tylko jakoś nie możemy zrozumieć, dlaczego ludzie, których tragedia dotknęła bezpośrednio,  nie za bardzo mają ochotę, żebyśmy sobie z ich nieszczęścia robili ogólnonarodową hecę, a nawet – o zgrozo! – nie chcą nam się wywnętrzać przed kamerami.

   Nie lubimy sukcesów, a wszelkie przypadki życiowego powodzenia budzą w nas nieufność i podejrzliwość. Jeśli dotyczą kogoś postronnego, to pewnie są wynikiem jakiegoś mataczenia, a jeśli dotyczą nas, to prawdopodobnie mamy do czynienia ze zwykłym psim fartem i nie można się za bardzo cieszyć, bo lada chwila sukces się rozwieje i pozostanie płacz i zgrzytanie zębów. Znacznie wyżej cenimy te wydarzenia z naszej historii, które zakończyły się okupioną krwią i cierpieniem klęską, niż te, które zakończyły się sukcesem i nawet o tym, że po wielu trudach udało nam się rozmontować socjalizm, musieliśmy się dowiedzieć od jednej aktorki prawie cztery miesiące po fakcie, bo wcześniej ucieszyć się jakoś nikomu nie przyszło do głowy.  Najjaśniejsze gwiazdy na naszym narodowym firmamencie to ludzie, którzy się porwali, ale im nie wyszło. Bo jak się ktoś porwie i mu wyjdzie, to zaraz trzeba go postawić przed Trybunałem Stanu, bo nie pasuje do średniej narodowej. Recepta na życiowy sukces – popsuć, nabroić, narobić zamieszania i kilku osobom krzywdę, a potem – niejako automatycznie – stać się głaskanym po głowie kolegą redakcyjnym panów Wildsteina i Millera Leszka i wymądrzać się na tak zwanych łamach słono opłacaną wierszówką.

   Jest sobie takie miasto, Włocławek się nazywa. We Włocławku jest zapora rzeczna, co do której wszyscy wiedzą, że spiętrzonej wody nie utrzyma, a zima jakoś długa była i śnieżna. Wypowiadają się w radio dostojnicy gminni, że owszem, wiedzą, że zapora wiekowa i wymaga gruntownego remontu, którego jednakże w planach  nie ma.  I co by tu zrobić z taką włocławkową zaporą? Ano nic. Poczekać, a nuż powódź się jakaś fajna trafi, wielu naszych oficjeli przepięknie by się prezentowało w gustownych kamizelkach ratunkowych, a jak który ma niezłą figurę, to i do kostiumu płetwonurka może się przymierzyć. Znów naród będzie z partią, a partia z narodem, no i przecież porządki w szafie się zrobi, bo po zimie troszkę tłuszczyku się gdzieniegdzie odłożyło i w pewne rzeczy się człowiek nie mieści, to na powódź będą jak znalazł.  A jako że powódź jednak nie jest, mimo starań, stuprocentowo pewna,  to w międzyczasie można zrobić replay z przyspieszonych wyborów parlamentarnych, które jednak chyba będą dobre dla Polski. Półtora miesiąca temu nie były dobre dla Polski – tak nam powiedział prezydent i nawet musiał się nad tym zastanawiać pół godziny dłużej, ale teraz już są dobre, bo się w międzyczasie nic nie zawaliło, mimo że Depesze dali czadu w Spodku i po widowni krążyła pogłoska, że wszyscy najważniejsi już czekają w kiblu, żeby w razie czego w trymiga przed kamerę wyskoczyć. Jedność narodowa nam się  przez te półtora miesiąca najwyraźniej omskła poniżej przewidzianego poziomu, i ta niebezpieczna sytuacja wymaga przedsięwzięcia odpowiednich środków. Wprawdzie wybory to nie jest najlepsza okazja, żeby krew oddać, bo już mocno ona nadpsuta, ale poczucie klęski i zagrożenia znów znajduje się na właściwym poziomie, czyli jest polsko-swojsko.
 
  Póki co, w przerwie pomiędzy jednym narodowym zrywem a następnym, możemy w spokoju ducha nadal na siebie warczeć i podkładać sobie wzajemnie świnię, zanim następna katastrofa  budowlana, klęska żywiołowa lub akcja charytatywna na zbożny cel umożliwi nam ukazanie naszego wzruszającego, altruistycznego oblicza.





Ilustrowała: Anna Fudyma/pinezka.pl

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl