Kto się boi Spinelli

Jagged Edge

    Nie, nie jestem jeszcze taka stara, żeby zapomnieć, jak to było - ja łaziłam w podartych dżinsach, wyćwiekowana, w porywach z agrafką w uchu. Mnie przynajmniej WYDAWAŁO SIĘ, że jestem inna.
    Współczesne Ashley i Brittney musiałyby założyć granatową spódnicę i sraczkowaty półgolf z wiskozy na znak buntu przeciwko normom - dżinsom, których, gdyby były jeszcze centymetr niżej, mogłoby już wcale nie być.


    Rzecz oczywiście nie o autorce tego felietonu, a o jej głośnej imienniczce -  czwartoklasistce z amerykańskiej kreskówki "Recess".
    Spinelli w burej kurteczce, szydełkowej czapeczce i buciorach, które bardziej  przypominają walonki niż glany. Lojalna i odważna Spinelli wali po ryjach gości, którzy dokuczają jej kumplom, za nic w świecie nie założy różowego - wpada w rozpacz, kiedy wychodzi na jaw, że na imię ma Ashley.
    W klasie są już trzy inne Ashley skupione w... Ashleys Club. Wszystkie Ashley zobowiązane są do ścisłego przestrzegania zasad klubu - nienaganny makijaż, pomalowane paznokcie, różowe piórka czy futerko przy bluzeczkach. Prawdziwa Ashley za nic w świecie nie da się zaskoczyć z książką w ręce, pochłania za to porady kosmetyczne, psychozabawy "Jak GO  skusić" i ploteczki z życia Mary-Kate and... Ashley Olsen. (Niech nikomu nie wydaje się dziwne to, że Ashley są dopiero w czwartej klasie).
    Jeśli dodać, że pełny tytuł kreskówki brzmi "Disney's Recess", wtedy logicznie zaczynamy postrzegać małe klubowiczki jako godne potomkinie disneyowskich blond syrenek, trzepoczących rzęsami Kopciuszków i śpiących królewien z nienaganną cerą, które faktycznie wyglądają, jakby z poradników mody i urody czerpały najgłębsze mądrości życiowe - nagrodą za mistrzostwo w depilacji, trzepotanie i kokieteryjne pozy jest książę, czekający w ostatnich kadrach filmu.
    Małe dziewczynki z noskami przylepionymi do ekranu uczą się szybko. Pierwsza i najważniejsza zasada rozrastającego się do gigantycznych rozmiarów Ashleys Club: Być SEXY!

ilustr. spinelli/pinezka.pl

    Ani jedna chwila, ani jedna okazja nie zostanie zmarnowana w edukacji nieletnich kandydatek do klubowej karty. Kto nie dowierza, niech wybierze się po prezent urodzinowy dla siedmiolatki do centrum handlowego. Jeśli przypadkiem spędziliśmy ostatnie sześć lat na inwestowaniu w duchowy i intelektualny rozwój naszych córek, czeka nas przykra niespodzianka. Jeśli staraliśmy się wpoić im zasady nietykalności ich ciała, przykrość zmieni się w ponury żart.

    Zastanawiam się, kto przy zdrowych zmysłach, po latach tłumaczenia dziecku, że nikt obcy nie ma prawa go dotknąć, zakupi siedmiolatce bluzeczkę z napisem "Kiss me"? A jednak bluzeczki tego rodzaju wydają się być w tym sezonie hitem w okolicznych piaskownicach.
    Ponury żart przeradza się w mały horrorek, kiedy to samo "Kiss me" dostrzegamy w dziale z dziecięcą bielizną na majtkach dla siedmiolatek. To tylko jedna z wersji zdobnictwa - sklep oferuje szeroki asortyment bielizny dziecięcej: majtki z wisienką i zachętą - "zjedz mnie", majtki z kotkiem i podpisem - "puszysty kotek".
Sklep jest pełen roześmianych matek z córkami. Pokoleniom feministek scyzoryki mogą się stępić w kieszeniach od ciągłego otwierania się.
    Nie jestem w stanie uniknąć pytania: czy to ja jestem nienormalna? Moja nienormalność została już kulturowo sklasyfikowana; Lionel Rubinoff w "The Pornography of Power" pisze: (...) jednym z głównych źródeł kulturowej paranoi jest ciągle poszerzająca się przepaść pomiędzy tym, w co wierzymy, a jak się zachowujemy i nasze przekonanie, że ten rozdźwięk między idealizmem a praktyką jest naturalnym stanem rzeczy".

    A ja myślałam, że syndrom Barbie mamy w tym stuleciu za sobą. Najwyraźniej zastąpiony został syndromem Ashley. Co mi pozostaje - cieszyć się, że nie mam córki? A jeśli bym miała, to wychować ją na małą Spinelli? Ubrać w burą kurteczkę, sprzedać telewizor, rozgonić koleżanki?
    Do sklepu strach! Do szkoły strach! Codziennie na przystanku koło pobliskiej high-school widzę dwanaście Brittney Spears (Ashley zdążyły już podrosnąć) - jednakowym  gestem odrzucają włosy, jednakowo rozchylone mają usta. 
    Nie, nie jestem jeszcze taka stara, żeby zapomnieć, jak to było - ja łaziłam w podartych dżinsach, wyćwiekowana, w porywach z agrafką w uchu. Mnie przynajmniej WYDAWAŁO SIĘ, że jestem inna. Współczesne Ashley i Brittney musiałyby założyć granatową spódnicę i sraczkowaty półgolf z wiskozy na znak buntu przeciwko normom - dżinsom, których, gdyby były jeszcze centymetr niżej, mogłoby już wcale nie być.
    Kreskówki dla dzieci, wszechobecna MTV, reklamy, ładują nasze dzieci seksem od najmłodszych lat. Kiedyś spece od reklamy działali seksem (!) na naszą podświadomość. Ukryte w reklamie, zwielokrotnione "seksualne przesłania" sprzedawały krakersy, polityków, środki czyszczące. Teraz seks sprzedaje seks. Forma stała się treścią. The medium IS the message.

    Dziewczynkom nie wolno rozmawiać z obcymi, za to wolno im robić wszystko inne. Mała Ashley w koszulce z napisem "Kiss me" dorasta i ląduje w wyuzdanej pozie na billbordzie Buffalo Jeans, nieopodal półnagiej koleżanki, otoczonej grupką półnagich mężczyzn, na reklamie Parasuco.
    Dla Spinelli nie ma billboardu. Spinelli, w ramach promocji, została wysłana wraz z Pippi Langstrumpf na wyspę Kurrekurredutt.

Grafika: spinelli/pinezka.pl


Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl