Cnota zasuszona

Jagged Edge



W Grobach Świątyni jest ciało panienki,
Której zasługi z Adelajdą równe,
Każdy uchyla wieko tej trumienki,
Aby zobaczyć Świętą Morsztynównę.

Cnota zasuszona, czyli rzecz o pięknej Izabeli i innych (mniej pięknych).

 

    Feministki - osoby zgryźliwe - nawet świętej nie przepuszczą. Święta, w tym wypadku, to urodzona w 1680 roku wojewodzianka sandomierska Teresa Izabela Morsztynówna.
    Pisarze życiorysów Teresy Izabeli, poczynajac od jej ojca, stwierdzają zgodnie, że była nie tylko grzeczną i dla wszystkich miłą, ale i nadzwyczaj urodziwą dziewicą, która "w gładkości i urodzie pierwsze miejsce miała". Malowidło w krypcie kościelnej, gdzie jest pochowana, przedstawia Izabelę jako zapłonione dziewczę z lilią, blond warkoczem i niebieskimi oczami wzniesionymi ku niebu.

    Zastanawiam sie głośno (i złośliwie), jakich czynów dokonała w swoim krótkim życiu Teresa Izabela, by dorobić się mnogiej liczby i pisarzy, i życiorysów? Otóż piękna i pobożna Izabela stała sie materiałem na legendę, gdy w wieku lat osiemnastu dokonała żywota. Legenda głosi, że cnotliwa ta dziewica młodzianom najlepszych rodów ręki swej oddać nie chciała, pragnąc życiu klasztornemu się oddać. Prawda zaś przyziemna podszeptuje, że tata Morsztyn, chcąc ród o piętro podźwignąć, upatrywał arystokratycznej partii dla urodziwej córki. Nadziei ojca nie spełniwszy Morsztynówna umiera w 1698 roku.
    Legenda nabiera mocy urzędowej, gdy po kilkunastu latach trumna zostaje otwarta. I okazuje się, że ciało Izabeli nie uległo rozkładowi. Rzecz jasna - w opini biegłych - cnotliwość panny odniosła zwycięstwo w starciu z procesami biochemicznymi. W 1784 roku, przy kolejnym przenoszeniu zwłok, kronikarz zanotował: "Podziwialiśmy ciało tej pobożnej dziewicy całkiem nieuszkodzone i to swierdziliśmy własnymi rękami".

    Nie mam nic do pięknej Izabeli - myślę o niej raczej ze smutkiem. I twierdzę, że cnota - ten naturalny czynnik mumifikacyjny - spłatał jej nie lada figla. Zamiast spoczywać w pokoju, trup Izabeli z utrąconym nosem zza szybki dostarcza mocnych wrażeń szkolnym wycieczkom z szóstej c.
    I to oczywiście jest już dla mnie wystarczającym dowodem do wysnucia konkluzji, że cnota nie popłaca. Biedna Morsztynówna - chroniła swe ciało przed zepsuciem doczesnym po to, by wystawiono je na uciechę gawiedzi. Co z tego, że ma swoją legendę - historia lubi niebieskookie blondynki. A zresztą, umierając, Izabela bardzo legendzie pomogła, tylko, że w tym wypadku był to jedynie klasyczny przypadek siekierki i kijka. Nie czarujmy się, gdyby panna M. była brzydką, grubą babą i zamiast opuścić ten padół z pobożnym westchnieniem w wieku osiemnastu lat, żyłaby jeszcze długo i miała się dobrze, pies z kulawą nogą nie dbałby o jej cnotę.

    No cóż – cnota, ten fizjologiczno-społeczny psikus matki natury, ataki na nią i obrona, bywają bronią obosieczną (nie dla posiadaczki oczywiście). Nie ukrywam, że zgodnie z realiami społeczno-historycznymi, utożsamiam pojęcie cnoty kobiecej z tym anatomicznym ornamentalnym drobiazgiem, który poprzez wieki doprowadził do absurdu zwyczaje godowe społeczeństw. Zbyt wczesna utrata cnoty grozi społecznym ostracyzmem (wizja wywieszonych prześcieradeł wciąż gdzieś w nas pokutuje), a w przyszłosci może nawet mękami piekielnymi, z drugiej zaś strony cnota po jakimś czasie zaczyna uwierać.

    Tak źle i tak niedobrze. Morsztynównę można między bajki włożyć, ale co zrobić z tymi, co przeżyły osiemnaste urodziny i przeżyły je, że tak powiem, w stanie nienaruszonym?
    I znów cnota nabiera jakiejś magicznej mocy. Zmienia charakter, staje się przyczyną różnorakich psychosomatycznych przypadłości, które pani Kacprzykowa z panią Srebrzykową diagnozują zwięźle i precyzyjnie: "Cnota takiej do głowy uderza". Przeróżne cechy charakteru i zachowania osoby (płci żeńskiej oczywiście), nie mogącej wykazać się aktywnym życiem seksualnym, to oczywiście "walenie cnoty na mózg". Podła nauczycielka – no oczywiście – cnota jej wali na łeb. Posiadaczka trzech kotów – to, rzecz jasna, ofiara uderzenia cnoty na głowę. Pomalowała sypialnię na pomarańczowo, przywołała pracownika do porządku, czyta głośno poezje, nie myje okien na Wielkanoc, kłóci się z sąsiadką... Psychoanaliza na podblokowej ławce rzadko wydaje mylne diagnozy.

    Czasem przypadłość tę określa się terminem NIEMANIE CHŁOPA. Ten – bardziej zwyczajowy – termin obejmuje cały związek przyczynowo-skutkowy syndromu cnoty walącej na mózg. I, jak łatwo się domyśleć, zaspokojenie niedoboru CHŁOPA niezawodnie przyniesie delikwentce cudowne uzdrowienie.
    Pani Kacprzykowa z panią Srebrzykową z uroczym brakiem konsekwencji zapominają, że "wszystkie chłopy to ch..je" (Pan Kacprzyk ostatnio wyniósł telewizor bo, kurna, panie... tego, na wino mu brakło) i  wraz z ławkowym konsylium płci obojga ordynują chłopską kurację niezamężnym sąsiadkom. Przy czym zdrowia psychicznego szczęśliwych posiadaczek chłopa nie kwestionuję, bo o tym w ogóle wciąż mało się mówi.
    Niby co mnie do pani Kacprzykowej i konsylium na ławce – gatunek niereformowalny, ale, wydawałoby się, szczęśliwie na wymarciu. Tymczasem, całkiem niedawno rozmawiałam z młodą dziewczyną – studentką, zgadałyśmy się, że moja znajoma uczyła ją w liceum. Podobno niezbyt lubiana, złośliwa, bo… wiadomo – stara panna, nie ma chłopa, cnota jej wali na łeb, to się wyładowuje na młodzieży.

***

    Siedzę więc i myślę, i nie mogę się oprzeć pytaniu, jak pan Srebrzyk w brudnym podkoszulku, grzebiący z pasją pod maską wiekowego Wartburga mógłby uzdrowić moją "walnietą" znajomą i...
    Kurna, panie tego, w pale mi się to nie mieści.



Ilustr. spinelli/pinezka.pl


Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl