Opowiem wam trochę o Birmie...



   Birma, a właściwie Myanmar, czyli kraj, w którym spędziłam trzy tygodnie w lipcu i sierpniu tego roku.
   Właściwie od kiedy przeczytałam dwa lata temu przewodnik po Azji, Birma była na szczycie listy krajów, które chciałabym odwiedzić. Do głowy mi jednak nie przyszło, że tak szybko to nastąpi.


   Jak było? Chyba inaczej niż się spodziewałam. W sumie tyle o wszystkim czytałam, że w pewnym momencie miałam wręcz wrażenie, że jak już tam pojadę, to może to być nudne. Na szczęście było zupełnie inaczej.

   A więc zaczynając od początku:
   Wylądowaliśmy w Yangonie, dawnej stolicy (niedawno przestał być stolicą, bo rząd postanowił, że nowa stolica powstanie w zupełnie nowym miejscu).

Widok na Yangon   Yangon
kliknij, aby powiększyć

   No więc Yangon to chyba najbrudniejsza stolica jaką kiedykolwiek widziałam – po raz pierwszy będąc gdzieś i idąc pierwszy raz ulicami nie miałam ochoty się gdzieś zatrzymać, usiąść, poczekać....
   Ha! A wyobraźcie sobie pierwsze wrażenia trzech koleżanek, dla których to w ogóle było "First time Asia"!

   Ale nie, nie załamałam się od razu na samym początku... Wręcz przeciwnie, podobało mi się. Nie miasto bynajmniej... ale ludzie.
   Zatrzymałyśmy się w guesthousie, o którym w przewodniku napisano, że ma tylko jedną wadę: ludzie stamtąd są zbyt mili!! I dokładnie tak właśnie było – jak więc mogłybyśmy się nie cieszyć, że tam przyjechałyśmy?

   Hmm... Ale przecież miało być od początku.
   A więc już na lotnisku nam się spodobali... miejscowi faceci ubrani w białe koszule i longyi  (taka jakby spódnica jak sarong) i kobiety z twarzami wymalowanymi tanaka...

Birmańczyk w typowym stroju   Piękność w makijażu <em>tanaka</em> - fot. Elwira
   No i oczywiście wiedziałam, że jedziemy w porze deszczowej i będzie niewielu turystów, ale nie spodziewałam się, że może ich być aż tak mało... Pierwszego dnia chodząc po mieście spotkaliśmy może dwie czy cztery białe osoby!!! Ja rozumiem, że w sześciomilionowym mieście turyści mogą jakoś zginąć w tłumie, ale żeby AŻ TAK?

   Wyobrażałam sobie, że wszystko będzie o wiele trudniejsze, ale początki były zdumiewająco łatwe...

 


O podróżowaniu

   Wiele osób mówiło mi, że drogi są kiepskie. No i były.

   Pierwsza jazda autobusem co prawda zaczęła się dobrze, ale po trzech godzinach autobus się zepsuł i czekaliśmy kolejne trzy aż przyjedzie następny... Ale najciekawsze w tym wszystkim były reakcje ludzi. A w zasadzie brak reakcji... i spokój. Ot, autobus jechał i jechał... i się zatrzymał. I ludzie siedzieli i siedzieli. Część wyszła. My też wyszłyśmy, a tam też siedzieli po ciemku... Gadali, palili, pluli (o tym będzie później) i czekali. I nikt się nie denerwował.
   Potem zamienny autobus przyjechał i nastąpiło sprawne przepakowanie (nasze plecaki znajdowały się np. pod stertą jakichś turbin) i pojechaliśmy dalej.

Zawsze się jeszcze ktoś zmieści...   Miejski autobus w Yangonie
 
   O wiele ciekawsze było podróżowanie lokalnym autobusem.
   Zapakowali ludzi.
   Potem bagaże: do bagażnika, pod siedzenia, na dach.
   Potem było coraz więcej ludzi. Każdy dostawał miniaturowe krzesełko i siadał na środku.
   Potem niektórzy siedzieli na dachu.
   Potem wsiadła kobieta z czterema workami ryżu (tak na oko każdy ok. 50 kg).
   Kolejni ludzie siedzieli już na workach z ryżem.
   W pewnym momencie obok kierowcy znajdowało się jakieś osiem osób (stojących bądź siedzących) tak, że nasz "pilot" wisiał prawie za autobusem...

   No właśnie, "pilot".
   W latach siedemdziesiątych jakiś generał usłyszał od doradcy, że kraj powinien się przesunąć bardziej na prawo. No to się kraj przesunął: zmienili ruch z lewostronnego na prawostronny. Cały dowcip polega na tym, że kierownice w większości samochodów są na "złych" miejscach, więc kierowca niewiele widzi, więc potrzebuje pilota, który w zasadzie wręcz wystaje z autobusu i, jakby to powiedzieć, steruje?

   Jak podaje przewodnik: birmański autobus jest pełen wtedy, kiedy już nie ma miejsca do trzymania się i zwisania.
   W malutkim pick-upie doliczyłam się kiedyś 16 osób. Wydawało mi się, że to dużo, ale gdy my cztery wyszłyśmy, na nasze miejsce zmieściło się jeszcze siedem osób.

   Taksówki to też dobra zabawa.
   W jednej się dziwili, że nie chcemy siedzieć we cztery razem z tyłu, no bo przecież powinnyśmy się zmieścić bez problemu.
   W innej pani przewodnik (obowiązkowa) wepchnęła się pomiędzy mnie i kierowcę i siedziała na rączce od skrzyni biegów, podnosząc nogę, kiedy wciśnięty trochę w kąt kierowca chciał zmienić biegi (np. kiedy raz osiągnął oszałamiającą wręcz prędkość 62 km na godzinę).
   W innej kierowca najpierw pluł przez okno, a potem śpiewał.
   Jakimś cudem nie jechałyśmy wozem zaprzężonym w woły, na którym było napisane "taxi" – stwierdziłyśmy, że się przejdziemy...

Mingun - taksówka czekająca na turystów   To też sposób transportu...

O turystach

   Jak już wspomniałam, turystów było stosunkowo niewielu.
   Oczywiście w innych miejscach więcej niż w Yangonie, ale wciąż można powiedzieć, że mało.
   Z czym to się wiązało?
   Z tym, że ciągle spotykałyśmy po drodze "znajomych" poznanych gdzieś wcześniej.
   Z tym, że tylu ludzi nas zagadywało, rozmawiało z nami, interesowało się.
   Z tym, że czasami byłyśmy same w knajpie.
   Czasami na drogach widziałyśmy różne dziwne hasła.
   Jedno, nad jeziorem Inle, przy drodze wjazdowej, brzmiało: "Please provide all
the necessary assistance to our foreign tourists" – po angielsku i birmańsku.
   Hasło może brzmi strasznie propagandowo, ale ludzie byli NIESAMOWICIE pomocni.


O drogach

   Mówiłam już, że kiepskie, ale to nie wszystko. Były też cholernie wąskie – droga często miała szerokość jednego pasa. Tak więc, jeśli dwa samochody chciały się minąć to:
albo jeden musiał zjechać na pobocze i zatrzymać się,
albo obydwa musiały zjechać na pobocze i powoli się wyminąć.
   Czasami nawet nie wiem, jak oni to robili.

U-Bein Bridge -  najdłuższy na świecie tekowy most


O widokach


   Nie wiem, jak to opisać w paru słowach, więc tylko podam kilka przykładów:

Bagan.
   Na obszarze ok. 42 km² znajduje się ponad 3 tysiące (!) różnego rodzaju świątyń.
   Jechałyśmy wozem zaprzężonym w konia, powoli, często piaszczystymi drogami pomiędzy świątyniami, od świątyni do świątyni... I się zachwycałyśmy.
   I tak cały dzień.
   A potem cały drugi dzień.
   "Jezu, jaka sielanka" – powiedziała drugiego dnia moja koleżanka.
   A jak się wchodziło na jakąś wysoką świątynię, z góry widać było mnóstwo, mniejszych i większych, pagód i stup.

  

   Zachód słońca był średni, ale kiedy słońce na kilka minut wyszło zza chmur i oświetliło drugą stronę (byłyśmy na jakimś czwartym tarasie)... to dopiero był widok! Setki ceglanych budowli oświetlonych miękkim łagodnym światłem, pogrążone w soczystej zieleni na tle coraz ciemniejszego i ciemniejszego nieba...

Zachód słońca w Bagan

Inle Lake.
   Duuuuuże jezioro otoczone górami. Jezioro, którego w zasadzie się nie da obejść. Na którego powierzchni rosną wodne hiacynty i na którym znajdują się ogrody z pomidorami. Z domami na palach. Z porośniętymi kanałami po bokach.

Na jeziorze Inle   Na jeziorze Inle

   Któregoś, kolejnego już dnia płynęłyśmy łodzią. Niestety, widziałyśmy, że wpływamy w obszar deszczu. Zmoczyło nas niesamowicie. A potem zatrzymałyśmy się przy bardzo długim mostku pod małym dachem czekając, aż przestanie padać. Ludzie szli, mokli... Niektórzy szybko, chroniąc się przed deszczem, inni, już całkowicie zmoknięci, nie przejmowali się niczym i szli spokojnie.
   A potem nad niesamowicie zielonymi polami ryżu pojawiła się jaskrawokolorowa tęcza. A potem druga.
   Wracałyśmy z wioski i znowu zaczęło padać. Płynęłyśmy kanałem – trzymałam parasolkę nad samą głową, ale na chwilę ją odsunęłam i zobaczyłam, że po jednej stronie nad górami mamy zachód słońca, a po drugiej stronie nad górami znowu kolejna tęcza – tak kolorowa, jakby była z neonów.
   No i powiedzcie – jakbym mogła siedzieć wtedy pod parasolką?

Zachód słońca nad Inle Lake

Kalaw.
   Trekking w górach, podczas którego szłam w największym w swoim życiu błocie w butach ("Chinese army shoes") zakupionych dzień wcześniej na targu za całe 4 zł 96 gr. I tak szłyśmy sobie – trochę było ślisko. Czasami padało. Czasami mijałyśmy pola ryżu górskiego. Czasami pola zielonej herbaty. Weszłyśmy do kilku wiosek, klasztorów...

Trekking w Kalaw   Trekking - droga do wioski
Górski ryż......czyli trekking w Kalaw   Chińskie buty na birmańskie błota

cdn.

PS.
Jakieś dwa tygodnie po moim wyjeździe stamtąd, mniej więcej w połowie sierpnia, w Birmie zaczęły się zamieszki.
Wiele osób mnie pytało, czy jadąc do Birmy nie miałam wrażenia, że sprzyjam reżimowi. Trudne pytanie, bo część z moich $$$ niestety trafia do rządu, ale jeśli się jest świadomym turystą, duża część z tych pieniędzy trafia też do zwykłych ludzi. I ci ludzie naprawdę tego potrzebują – osoby, które wracają z Birmy teraz mówią, że ludzie czekają na turystów, dzięki którym mogą zarobić i którzy stanowią ich kontakt ze światem.
Ludzie i polityka w Birmie to temat na dłuższą opowieść - o tym napiszę następnym razem.

 

lipiec-sierpień 2007


Zdjęcia: amused.to.death, Elwira



Zajrzyj do części drugiej opowieści

 

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl