Królowa Roncesvalles

Jagged Edge

ilustr. spinelli
   Alicja ze swoją elegancką laską i w pepitkowym, obszytym misiem płaszczyku, wyfasowanym z Opieki Społecznej, wygląda tak, jak powinna wyglądać starsza pani spacerująca w niedzielne popołudnie po Church Street. Ja wyglądam jak wyglądam, ale razem  z Alicją tworzymy obrazek jak z czytanki dla szkółki niedzielnej.  Na schodkach obskurnego rooming house’u siedzi dwóch obwieszonych złotem pięknisiów z Jamajki, okazuje się, dobrze znajomych Alicji. 
   – Hey Alisha, can I see you tonight? 
   – Hey, Danny, go stick your little black dick in the door!

 


   Nie ucieknę od emigracji. Dogoni mnie nawet na wakacjach w Polsce, dokąd jadę przecież od tych spraw odpoczywać. Tym razem zmora dopędziła mnie w Krakowie pod postacią Janusza Głowackiego, którego Z głowydostałam w prezencie od koleżanki z adekwatną dedykacją (książka z dedykacją, nie koleżanka).

   Niby mam już to wszystko za sobą: i karłowaty angielski, i sny emigranta, i wystawanie godzinami w  Immigration po przedłużenie wizy. A jednak książka sprawiła, że przeróżne trąbki, światełka i brzęczyki rozdzwoniły się w głowie na dobre.

   Głowacki już drugi raz robi mi parszywy kawał: kilkanaście lat temu zbolała emigracją/tesknotą/brakiem perspektyw wybrałam się z koleżankami do Nowego Jorku na prawdziwie światową wycieczkę, by zapełnić jakoś kulturową przepaść, jaka oddzieliła nas od naszych poprzednich wcieleń. Ganiając po Broadwayu, a w zasadzie oddalając się od niego w poszukiwaniu czegoś dostępnego dla naszych pocieniałych drastycznie portmonet, dotarłyśmy do obskurnego teatru w piwnicy, gdzie program wydrukowany był na gazetowym papierze, a kawę w antrakcie serwowano w styropianowych kubkach. Może szukałybyśmy czegoś bardziej eleganckiego, ale obtarły mnie nowe buty, więc powiedziałam, że dalej nie idę. Tak poznałam Antygonę w Nowym Jorku. Z pokrwawionymi piętami zostałam zdzielona przez Głowackiego w samo centrum mojego emigracyjnego bólu.

  Teraz czytam to Z głowy i takie to wszystko przerysowane, wykoślawione, karykaturalne, aż mam ochotę napisać, że Głowacki zmyśla. Nie napiszę tak tylko dlatego, że Głowacki mówi prawdę. Głowacki prawdziwy jest w swojej prawdzie do tego stopnia, że opisuje w swoich historyjkach moich własnych "bohaterów", tylko trochę przeinacza fakty – bo to nie New York, a Toronto, nie Kijanka a Okoń, i nie wyszedł z nałogu, a zapił się na śmierć.
   Najbardziej denerwujące jest to, że przecież nikt nie powie, że Głowacki zrzynał ze Spinelli.
 
   Ale przynajmniej wiem jedno – że nie przesadza. Ani słówkiem. Emigracja działa na swe ofiary jak wykrzywione szkło powiększające. Przerzuceni przez granicę, wypadamy z kontekstu jak ulęgałki z grochowin, jak pędraki spod kamienia, nagle porażone światłem.
   Nasze poprzednie wcielenia spoczęły zwapniałe na dnie Atlantyku.

   Kto w dzieciństwie zabawiał się podnoszeniem kamieni w ogrodzie w celu sprawienia niespodzianki mieszkającym pod nim ziemnym stworom? Ku uciesze obserwatora, nieszczęśliwcy reagowali przeróżnie na nagłe pozbawienie dachu nad głową. Jedni miotali się od źdźbła do korzonka, od korzonka do gałązki, drudzy pełzali czym prędzej pod nowy głaz. Inni, nastroszeni i wykolczeni, oczekiwali spotkania z Nieznanym. A reszta, oślepiona, niezdolna uczynić kroku, zastygała zwinięta w kulkę, udając trupa.
   Najlepiej na tym wyszli ci, którzy przepełzli. Zaś ci, którzy upozowali się w bojowej pozie i ci zwinięci w nieboszczyka ze strachu odczują to najbardziej boleśnie, kiedy kamień z hukiem wróci na swoje miejsce.

   To tak jak my, porażeni – przez pierwsze dni, tygodnie, lata odczuwamy bolesne zakłócenia wizji: ani z przodu, ani z tyłu. A to, co wokół nas, jakieś pokraczne – jak u Głowackiego.

   Zdecydowanie najgorzej widzę samą siebie. Pracuję, typowo dla żeńskiej frakcji tej fali polskiej imigracji, w Kanadzie, w Donut Shopie (ni to kawiarnia, ni to ciastkarnia otwarta całą dobę – Donut Shop to fascynująca ikona kanadyjskiej rzeczywistości). Mam się nieźle – awansowałam właśnie na Counter Help, czyli poszłam za ladę (Elka wciąż robi w kuchni). Z moją potężną do bólu potrzebą komunikacji, ale z byle jakim angielskim, chrzęszczącym akcentem i poczuciem osobistego nieszczęścia, czuję się za tą ladą jak wykrzyknik.

    Razy pięć.
    Bo razem ze mną pracują tu jeszcze cztery Polki. Każda koślawa na swój sposób. Elka przesypia wszystkie godziny dnia, których nie spędza w pracy, albo w drodze do lub z pracy. Henia – góralka, wiadomo, weźmie swoją zmianę, moją zmianę, nocami sprząta biura, a w weekendy obsługuje bankiety. Agnieszka, z zemsty za swoje nieszczęście, "parzy" klientom herbatę w letniej wodzie, jakby ich chciała struć zbierającą się na powierzchni pianką. A Wiolkę, mizdrzącą się o głupiego quartera napiwku, tylko obrysować seledynowym highlighterem i powiesić w muzeum złego wrażenia.

   Usytuowanie, godziny urzędowania i możliwość przesiedzenia w cieple kilku godzin za jedyne 86 centów sprawiają, że Donut Shop na skrzyżowaniu Main Street i Church Street, w nudnym miasteczku pod Toronto, staje się przystanią dla wszelakiego rodzaju dziwolągów urodzonych po obu stronach oceanu. Nieszczególni jako klienci – wypraszają darmową dolewkę kawy, podkradają pozostawione na stolikach napiwki – jednakże dobrze działają na poczucie mojej własnej  bylejakości.

   Jedna z nich to Alicja, kobieta w średnim wieku, po wylewie. Próbowała z Agnieszką – Agnieszka powiedziała, że nie da jej kawy za frajer... Czemu? Bo nie wolno i już. Dolara też jej nie da. Czemu? Bo sama nie ma. Próbowała z Wiolką – Wiolka kazała jej się wypchać i więcej tu nie przyłazić. 
   Aż trafiła na mnie, z moją dramatyczną potrzebą bycia kimś więcej, niż na pół zrozumiałym przybyszem z innej planety, do którego wszyscy mówią GŁOŚNO i p-o-w-o-l-i. Stała się więc moim prywatnym projektem na naprawę świata i poprawę samopoczucia.
   Alicja, też jak z Głowackiego, całkiem by do tych jego Pchełek, Anit i Kijanek pasowała ze wspomnieniami trzech domów, które przepiła z kochasiem, córek, które teraz mają ją gdzieś, i męża, który poszedł w cholerę ileś lat temu. Ale tego jeszcze nie wiem. Na razie Alicja to dla mnie zubożała Kolumbuska, która wypruła sobie żyły na emigracji, a której bank zabrał dorobek życia, kiedy straciła zdrowie.

ilustr. spinelli

 

   Alicja mieszka w domu opieki naprzeciw Donut Shopu. Umieszczono ją tu po długich poszukiwaniach miejsca, które zgodziłoby się na przyjęcie jej w zamian za marniutki zasiłek z opieki. Po jakimś czasie, kiedy dojdzie już, że nic jej z mojej litości, bo ja mam raptem trochę więcej niż ona na zasiłku, Alicja przyzna się z odcieniem dumy, że kiedyś mówiono na nią Królowa Roncesvalles. Nietrudno domyśleć się charakteru królowania. Tak czy inaczej, zabawa się skończyła, a dworscy się rozpierzchli, kiedy koszty utrzymania królestwa znacznie przekroczyły dochody z domów czynszowych, kochaś zaś spieprzył w podskokach, kiedy któregoś ranka obudził się w pomroce obok trupa Królowej.
   Oczywiście Alicja żyła, ale co jej z tego życia, kiedy teraz widzi tylko na połowę jednego oka i lewą stronę ma zupełnie nie do użytku. No i jak to bywa w takich wypadkach, banki zadbały o resztę, a Alicja, jak kawał łacha, wylądowała w domu opieki, tylko o poziom lepszym od przytułku dla bezdomnych.

   Okazuje się, że nie ja jedna przywarłam do Alicji z gorącym pragnieniem jej zbawienia. Mówi mi, że przychodzi do niej "taka jedna Jehowa babka", i obiecuje Alicji zbawienie, i że w sumie może coś w tym jest, bo ludzie mówią, że Jehowe mają pieniądze, a za pieniądze dzisiaj wszystko załatwi. Tylko Alicja nie ma bardzo zdrowia, więc jak babka zaczyna czytać Biblię, to ją, Alicję, bardzo morzy. No i kląć przy niej nie wolno.

   Nie mogę być gorsza od babki. W niedzielę pracuję na ranną zmianę, więc po południu zabieram Alicję na spacer do parku. Muszę pamiętać, że powłóczy lewą nogą i widzi tylko dolną połową lewego oka, ja jej robię za lewe oko i podpórkę.

   Alicja ze swoją elegancką laską i w pepitkowym, obszytym misiem płaszczyku, wyfasowanym z Opieki Społecznej, wygląda tak, jak powinna wyglądać starsza pani spacerująca w niedzielne popołudnie po Church Street. Ja wyglądam jak wyglądam, ale razem z Alicją tworzymy obrazek jak z czytanki dla szkółki niedzielnej.  Na schodkach obskurnego rooming house’u siedzi dwóch obwieszonych złotem pięknisiów z Jamajki, okazuje się, dobrze znajomych Alicji. 
   – Hey Alisha, can I see you tonight? 
   – Hey, Danny, go stick your little black dick in the door!
   Danny ryczy ze śmiechu. Rozmowa między starszą panią w płaszczu w pepitkę a 19-latkiem w złotym łańcuchu budzi zainteresowanie przechodniów, jako że oscyluje głównie wokół rozmiarów i możliwości interesu Danny’ego. 
   – Hey, Alisha, who’s yo little blond friend?
   Teraz ja otrzymuję od Danny’ego ofertę, która Jehową babkę zwaliłaby z nóg. Całe szczęście mam za sobą ośmiomiesięczny staż na nocnej zmianie na Main/Church, zamiast więc wdawać się w dyskusję o niestosowności propozycji, rzucam krótko:
   – Go, fuck yourself Danny!
   Danny stacza się ze schodków, trzymając się za brzuch. Alicja cedzi przez resztkę zębów bluzgi, od których jeży się sztuczny miś na płaszczyku w pepitkę, a ja zastanawiam się, czy nie pozostawić jednak mojej podopiecznej świadkom Jehowy.

   Kolebiemy się jednak z Alicją przez następnych kilka miesięcy, w międzyczasie ona ląduje w szpitalu z kolejnym wylewem, z którego jakoś wyłazi, ale spacerki stają się wolniejsze, a Alicja traci powoli rezon, coraz mniej wspomina lata glorii na Roncesvalles. Czuję w tym robotę babki. W końcu przyjeżdża córka i zabiera Alicję do jakiegoś lepszego domu opieki.

    Przyjmuję to z ulgą, bo właśnie dostałam papiery. Idę pracować jako kelnerka i już nic nie muszę nikomu udowadniać.


Ilustracje autory

  {jos_sb_discuss:4}

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl