Polskie Ogorki



ilustr. spinelli   Nauczycielki są trzy. Audrey, Marilyn i Elaine. Noszą teksasowe princeski z wielkimi kieszeniami na przedzie, jak "panie" w zerówce, i okolicznościowe, włóczkowe kamizelki – czerwone na Valentine's Day, zielone na Świętego Patryka, zielono-czerwone na kombinacje Bożego Narodzenia, Chanuka i Diwali. 
   Audrey mówi do nas głośno i powoli. Przynosi gryzmołowate rysunki, powielane na kserokopiarce na błękitnych, żółtych i różowych papierach. Rysuje patyczakowate zwierzę na tablicy: 
What is this animal, Wes
— Chuj ją wie — mamroli pod nosem Wiesio — Dis is yyy yyyy... 
It’s a cat, Wes. It’s a cat!
   Grupa Portugalczyków rechocze. Dobrze wiedzą, co to chuj.
   Każde pytanie tego typu wywołuje w ławce polskich absolwentów obozów dla uchodźców pomruk spekulacji: 
— Jakby mnie zapytała po włosku, to bym jej odpowiedział...
— Eeee, po niemiecku to bym wiedział.
   Tymczasem wynaleziono angielski. Na złość Wiesiowi i jego samozwańczemu przywódcy Zbyniowi.

   Właściwie najpierwsza była czarna Beverly w rozklapanych złotych czółenkach, nie miała wielkiego autorytetu wśród chłopaków z obozu, ale swym kołyszącym chodem powodowała gwałtowny wzrost testosteronu w powietrzu, kiedy wchodziła do klasy ze stosem kolorowych ksero. Na widok Beverly chłopaki zaczynały opowieści o swoich nietuzinkowych dokonaniach seksualnych, czyli w ich słowach: kogo, jak i w jakich ilościach pieprzyli we Włoszech/Austrii/Grecji, co boleśnie uświadamiało im samym i mimowolnym słuchaczom, że już dawno nie pieprzyli nikogo.
   Szkoła jest dla obozowiczów koniecznością na przeżycie. Jeszcze kilka nieobecności i obetną im zasiłek dla bezrobotnych. Siedzą rozwaleni w ławce trzy rozmiary za małej; Wiesio komentuje głośno kamizelkę Audrey, jajka na twardo trzech Chinek pod oknem, fryzurę czarnej Beverly takim samym tonem jak recesję w Kanadzie i chujowe szczęście, które każe mu robić z siebie barana na stare lata, żeby zadowolić urząd pracy. Boleśnie odczuwa tę formę zniewolenia.

   Dla trzech Chinek pod oknem, nazwanych przez Wiesia Cin-Cin, Min-Min i Szin-Szin, ESL jest oznaką wyzwolenia. Ale nie z komunistycznego reżimu. Po latach katorżniczej roboty stare chińskie kobiety mogą wreszcie zrobić coś dla siebie. Wywołane do odpowiedzi wstają z szerokim uśmiechem na błyszczących twarzach.
— Mej niejm is Min-Min, aj-em kenejdzien si-ti-zien.

   Cin, Min i Szin nie są świeżymi imigrantkami. Przyjechały do Kanady 20-30 lat wcześniej. Przez te 20-30 lat były popychadłami na zapleczach chińskich restauracji, nocami pracowały w nielegalnych fabryczkach w cuchnących zaułkach Chińskiej Dzielnicy. Wracały nad ranem do przeludnionych klitek i szykowały drugie śniadanie dla mężów, pracujących na dwie i pół zmiany w sklepiku na rogu i dla dzieci studiujących medycynę i business administration. Teraz pilnują wieczorami i w weekendy dzieci swych synów — dyrektorów handlowych i córek neurologów (w tygodniu wnuki chodzą do najlepszych prywatnych szkół). Czin, Min i Szin dostają co dwa tygodnie rządowy czek i mogą wreszcie zacząć uczyć się angielskiego. Wszystkie trzy mają wzorowo prowadzone zeszyty, odpowiadają na pytania nauczycielki, zanim skończy je zadawać. Z wielkim uśmiechem i przekrzywioną na bok głową wysłuchują pochwał.
Great, Szin!
Excellent, Cin!
— Outstanding, Min!
Podczas dużej przerwy zdejmują buty, wyciągają jajka na twardo, ustawiaja krzesła wokół ławek dla kumoszek z innych klas. Wyciągają listy z Chin, zdjęcia uroczystych staruszków i dzieci dalekich krewnych… i wszystkie angielskie słówka wylatują im z głów — co do jednego. Jakby ich nigdy tam nie było.

   Portugalscy chłopcy są zbytcool, żeby pożywiać się publicznie. Właściwie są zbytcool, żeby chodzić do szkoły językowej, ale nic lepszego im akurat nie przychodzi do głowy. Głośno dyskutują nad najnowszym wydaniem "Autotradera". Jeśli jest ciepło, wychodzą na szkolne podwórko przejrzeć się w karoseriach swych czerwonych samochodów.

   Wiesio i Zbynio znów wspominają obóz.
   Surey w czarnym turbanie, w ławce obok, czuje niechęć obozowiczów. W Indiach był lekarzem drugiej kategorii, tutaj pracował trochę na taksówce. Uczy się angielskiego, żeby pozbyć się ciężkiego akcentu i zapisać się na kurs na laboranta medycznego. Dla Wiesia jest brudasem. I tyle. W zasadzie są kwita, bo dla Sureya Wiesio jest nieokrzesanym prostakiem, z którym w normalnych warunkach nie zamieniłby słowa.
   Siedzą obok siebie, każdy z nich lepszy od tego drugiego. I gorszy. W materiałach kserowanych przez Audrey radosna multikulturalna grupa w kierpcach, turbanach i czadorach macha czytelnikowi spod gigantycznego klonowego liścia.

   Przypomina mi się określenie mojej babci na postępującą niedołężność swego leciwego męża: — Aleś się dziadek skaciupkał! 
   Siedzieliśmy przerośnięci w niedorosłych ławeczkach, wpatrzeni w patyczaka na tablicy, który udaje kota, skaciupkani w naszym polactwie, chińszczyźnie, hindustwie. Imigranctwo wyłazi z nas jak słoma z butów, jak curry z hinduskiej skóry w opowieściach znawców tematu.

    Jedyną osobą wypowiadającą się po angielsku jest nauczycielka. Chinki mówią po chińsku, Czesi po czesku, Polacy po polsku. Audrey kończy z tym, przesadzając grupy między siebie. Zbynio i Min mają przeprowadzić dialog o tradycjach swoich krajów.
   Patrzą na siebie, nie wiedząc co począć z tą dydaktyczną innowacją. Stara chińska kobieta z dłońmi wykrzywionymi od reumatyzmu i Polaczek z czerwoną gębą tragicznie nie mają sobie nic do powiedzenia. Nauczycielka usiłuje zapobiec swej pedagogicznej klęsce.
   Ma na sobie czerwono-zieloną kamizelkę, nieomylny znak, że nadchodzi Christmas. Przez miasto przedefilowała właśnie parada świętomikołajowa. Audrey usiłuje skierować rozmowę Zbynia i Min na św. Mikołaja.
— Did you have a Santa Claus parade in your country?
— No, no Santa Claus parade. Only May First parade.
   Audrey pełnym zrozumienia tonem pyta Min i Zbynia, czy byli zmuszeni wziąć udział w paradzie?
— No! No, A-dri! We no have to! We like, we like May First parade!
   Wspomnienia pierwszomajowego pochodu budzą całą wschodnią frakcję w klasie. Do dyskusji z licytacją na szturmówki i trybuny honorowe włączają się Rumuni, Bułgarzy i Wietnamczycy. Zdumiona Audrey zastanawia się, dlaczego ci ludzie uciekali z narażeniem życia z radosnych krajów waty cukrowej, baloników z napisem "Pierwszy Maja" i odznak z Leninem.

   Bo w Polsce wszystko było lepsze. I w Kambodży. I w Pakistanie. Pochody były lepsze. I pogoda. I bułki. Z prawdziwym masłem. Koty wyglądały jak koty, a nie jak kredowe pluskwy na tablicy. I szkoła to była szkoła, a nie zawracanie dupy rozmówkami ze starymi Chinkami, wycieczkami szkolnym autobusem jak dla przedszkolaków. Nauczyciel mogł cię zwyzywać od debili, ale nie powtarzał jak debilowi, że wszystko co nabazgrzesz jest nice, i great, i keep up the good work… ! Nie prowadzili cię jak durnia do przychodni i do urzędu, i do sklepu spożywczego, żebyś potrafiła sobie kupić cztery kurze nogi po 49 centów za funt.

    Wysypano nas, bezbronnych, z żółtego szkolnego autobusu na hektarową posadzkę sklepu spożywczego.
   Staliśmy z rozbieganymi oczyma i po trochu zaczynaliśmy rozumieć, co ukrywa Wiesio. Rzędy samych tylko płatków śniadaniowych! Kawa! Chleby! Szynki! Uświęcone szynki w puszkach, wybłagane spod lady. Całe sterty szynek w olbrzymich metalowych kojcach. Jakaś kolorowa wyciąga je i wrzuca do sklepowego wózka bezdusznym gestem, jakby w Polsce nigdy nie było stanu wojennego. Jakby nie było świąt Bożego Narodzenia, jakby nieprawdą były opowieści, że cały zachodni świat zabija się za polskimi szynkami.
   Świńskie tyłki na hakach, rzędami urągające dwóm kilogramom schabu bez kości, które wystałam przez noc na imprezę pożegnalną dla rodziny. Tego też się Kanadzie nie wybaczy. Za te świńskie dupy wypięte na naszą bidę, ich żony już zawsze będą leniwsze, ich dzieci głupsze, a kwiatki w ogródkach brzydsze.
ilustr. spinelli
   Audrey prowadzi nas między piętrami dżemów, jajek, coli, mrożonek, jogurtów z cukrem, z owocami, bez cukru, bez tłuszczu i ze sztucznym smakiem. Na prawo owoce tropikalne, na lewo rzodkiewki w środku zimy, przed nami ogórki kiszone. Rząd za rzędem, kolumna przy kolumnie — same ogórki w słoikach. A na samym przedzie, jak byk, pisze na etykietce "Polskie Ogorki". Najpolściejsze. Jeśli nie dostrzec braku kreski nad "o". Oczywiście te ogórki wcale nie są z Polski, w Polsce nie nazywałyby się "Polskie", ale jeszcze tego nie wiem. Są za to, być może, ostatnią rzeczą, która powstrzymuje mnie od znienawidzenia Kanady do końca. Za szkłem słoika rozmazują się powoli Audrey, Surey, Cin, Min i Szin.
   Mam ochotę potrząsnąć słoikiem, jak dziecko christmasową kulą z wodą i śnieżkiem w środku, i całym miasteczkiem pełnym radosnych kolędnikow. Ogórek przy ogórku — cały słoik wypełniony po brzegi polskością. Zakonserwowaną na zawsze pomiędzy gałązkami koperku. Za jedyne $2.99

***

   Oczywiście, teraz to wszystko trąci grubą przesadą. Nikt dziś nie uwierzy, że słoik korniszonów może wzruszyć do łez. Trzeba było pisać o tych ogórkach 15 lat temu. Przeczekane słowa wietrzeją, opadają z dramatu. Zanim się do nich dorośnie, kruszeją i więdną jak liście bobkowe i ocet na półkach. Świechtają się jak niedziela bez teleranka, która już na nikim nie robi wrażenia.
   Morał z tej powiastki do przewidzenia. "Polskie Ogorki", w które zainwestowałam $2.99 (oczywiście przeliczywszy je uprzednio, skrupulatnie, na złotówki), nie miały w smaku nic polskiego. Jechały jakimś zajzajerem i do tego były słodkawe. Można się pokusić o dalszą metaforę, z elementami czosnku i czarnego pieprzu, ale... to też już zwietrzało.


Ilustracje autory

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl