Spacer po Manhattanie dla kogoś, kto znalazł się tam pierwszy raz, jest jak pierwsza lektura Hamleta: z mniejszym lub większym zdumieniem odkrywasz, że właściwie doskonale to znasz, od zawsze, w prawie każdym szczególe.
Niby na przykład takie piramidy egipskie, też każdy wie, jak wyglądają. Ale kiedy się obok nich znajdzie, fakt, że najlepszy punkt do robienia zdjęć znajduje się w toalecie w Pizza Hut, jest jednak zaskakujący w porównaniu z tym, czego się człowiek spodziewał. A w Nowym Jorku właśnie zaskoczenie polega na tym, że jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażał.
Ma się – jak chyba nigdzie indziej – wrażenie, że nagle wskoczyło się w sam środek tysiąc razy oglądanego filmu. Wiadomo, co jest za najbliższym zakrętem. W głowie idzie ścieżka dźwiękowa z kina. Nawet, jeśli naprawdę dookoła słychać głównie samochody, wydaje się, że zza węgła zaraz wyłoni się twarz znana z okładki People (co w rzeczy samej jest zupełnie prawdopodobne). Również worki śmieci na ulicach są do tego stopnia integralną częścią nowojorskiego pejzażu, wpisaną w zachodnią kulturę, że Kubrick kręcąc Oczy szeroko zamknięte importował je do Londynu na potrzeby scenografii. Jest tylko jedna rzecz, której nie widać na taśmie filmowej: zapach. Ulice Manhattanu pachną prażonymi w cukrze migdałami.
Właściwie mnóstwo ludzi ma tam swoje ulubione miejsca, nigdy tam nie będąc i nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
New York City to dla współczesnych mieszkańców Ziemi coś więcej niż popularne miejsce. W tym czasie, gdy odległości między kontynentami i kulturami maleją, a języki nie nadążają za tym procesem, wiele pojęć zostanie zastąpionych obrazami i idę o zakład, że dla wielu Ziemian panorama Manhattanu jest w tej chwili bliższa i budzi więcej skojarzeń niż na przykład słowo "Bóg" w różnych europejskich językach.
Dwie wieże królujące nad miastem dla milionów ludzi znaczyły coś więcej niż miejsce na mapie. Mało które miejsce na Ziemi jest tak charakterystyczne, że pamiątkowe zdjęcia jednej osoby budzą wspomnienia innej, każda ławka, każdy budynek jest scenografią czyjejś historii. Nie musieli tamtędy codziennie przechodzić, to mogły być tylko małe wspomnienia, migawki, nawet niekoniecznie osobiste, nawet tak drobne, że zmieściłyby się na samoprzylepnych karteczkach. Ale z milionów karteczek można zbudować monument.
Bliźniacze budynki są połączone przezroczystym korytarzem nad ulicą, jego dolna część błyszczy się jak świeżo wypolerowana i odbija do góry nogami taksówki i przechodniów. W hallu stoi gigantyczna kolejka chętnych do jazdy na dach, ochrona sprawdza każdego, czy nie ma tam przypadkiem bomby między kanapkami a przewodnikiem. W ogromnych windach niemożebny tłok. Są tak naprawdę przerażająco – klaustrofobiczne. A co będzie, jeśli się coś stanie? jakiś pożar? awaria? katastrofa? Jaka znowu katastrofa! zwariowałaś, co ci do głowy przychodzi?
W przestronnym atrium na środku stoi rzeźba, już nie pamiętam, czy rzeźba była jednocześnie fontanną, ale to nie jest problem: przecież widziały ją miliony ludzi i ktoś na pewno zapamiętał ją lepiej. Wokół niej nowojorczycy i turyści siedzą i jedzą lunch. Zapach prażonych migdałów rozchodzi się wszędzie, uliczny muzyk wbija się w miejski szum ze swoją ścieżką dźwiękową.
Wieże wciąż płoną. Zawaliły się, wiatr w końcu po wielu miesiącach wymiótł swąd palonych ciał, ale one wciąż płoną. To, co należało do tamtego dnia, drobne relikwie: "Turn off the light" Nelly Furtado, którą radio tamtego dnia nadawało co godzinę jako powerplay; zdumiony głos w telefonie "Słuchaj, te wieże, co tu stały, ich nie ma"; idiotyczne żarty polegające na dopisywaniu Kaczora Donalda na internetowych listach zaginionych; konstatacja, że Łukasz Bułka to nie jest postać fikcyjna z piosenki o Natalii w Brooklynie tylko realnie istniejący dziennikarz, mający swoje pięć minut w polskich mediach; powtarzana w nieskończoność relacja Polki, urwana niczym hejnał na słowach "Pobiegliśmy w stronę Brooklyn Bridge"; relacje tych, którzy się cudem uratowali: ktoś się spóźnił do pracy, bo obiecał żonie powiesić firanki, ktoś odprowadzał tego dnia dziecko do szkoły i idąc do pracy widział, jak biuro z jego pracownikami wylatuje w powietrze, polska sprzątaczka, której życie uratowało lenistwo i gadulstwo, bo powinna być na dziewięćdziesiątym którymś piętrze, ale się zagadała na parterze z koleżanką; głos prawiemęża słuchającego polskiego radia: "Biały Dom? Co to jest Bialy Dom? Wy tak mówicie na White House? A na U2 mówicie U Dwa?"; Janina Ochojska prosząca o zapalenie świeczek w oknach i o to, żeby nie oddawać krwi, bo przepisy sanitarne, bo coś tam; Kaczkowski mówiący o zdjęciach zaginionych opatrzonych nazwiskami i numerami pięter, rozlepianych wszędzie, na jednym z nich młoda kobieta, uśmiechnięta, prześliczna, sto któreś piętro, czy miała szanse, nie miała, a jednak paradoksalnie dzięki temu, że gdzieś tysiące kilometrów od niej ktoś o niej powiedział w radiu, w tym świecie w którym żyjesz, jeśli media cię zauważą, jest bardziej żywa od wielu z nas; to uleciało jak samoprzylepne karteczki, papier ksero, spinacze i raporty, które zamiast znaleźć się na biurku szefa wylądowały na dnie Hudson River.
A wieże płoną.
Podobnie trochę jak Titanic, który niby leży na dnie oceanu, ale przecież każdy, kto miałby go narysować, wie, jak on wygląda: skierowany dziobem w niebo zanurza się powoli i nieubłaganie, od stu lat. I podobnie jak tysiące złaknionych wzruszeń widzów łkało nad fikcyjną śmiercią di Caprio Leonarda, przeżywając ją bardziej niż śmierć realnych ofiar, które przecież dzisiaj i tak by już dziś nie żyły, za jakiś czas tłumy będą wylewać łzy nad losem fikcyjnego strażaka lub maklera. Tylko przeminie, jak samoprzylepne karteczki, pokolenie tych, którzy mają szansę pamiętać. Dla następnych pokoleń Septembereleven będzie legendą znaczącą tyle, ile my zechcemy dla nich zapamiętać i zapisać w książkach, filmach, internecie.
Septembereleven został obmyślony jako spektakularne widowisko – jesteśmy w jakimś sensie współwinni tej tragedii, bo gdyby nie dziwaczna skłonność ludzi do oglądania krwawych dramatów, gdyby nie pewność, że kiedy samoloty będą się wbijać w budynki ileś tam kamer będzie już w to miejsce wycelowanych, bo właściwie zawsze jest, zamach mógłby mieć inny przebieg... albo w ogóle nie mieć miejsca, bo przecież z zalożenia jest reżyserowany dla szerokiej widowni. Tu nie chodziło o to, żeby zabić iluś tam Amerykanów. Żeby kogoś zabić czy pognębić, niekoniecznie trzeba to robić przed kamerami. Rosjanie Czeczenów czy Chińczycy Tybetańczyków wykańczają "za zamkniętymi drzwiami", nie pozwalając, żeby światowa opinia publiczna miała za wiele do powiedzenia. A nowojorskim zamachowcom nie tyle chodziło o tych, których zamordowali – martwi nie mogą się terrorystom na nic przydać – tylko, żeby przerazić żywych. Żeby już zawsze każdy, kto będzie oglądał cokolwiek, czy to zdjęcia z wakacji, czy to komedię romantyczną, której akcja dzieje się w Nowym Jorku, nie mógł się opędzić od myśli o tym, co tam się stało. Tak, jak nie sposób oglądać ze spokojem, na przykład, pogodnych fotografii zrobionych latem w trzydziestym dziewiątym.
Czym będzie Manhattan i Septembereleven dla przyszłych pokoleń mniej zależy od tego, co sobie założyli terroryści czy Bush. Bardziej od tego, jakim znaczeniem my go napełnimy, zapisując i przekuwając jego historię w legendę.
Ilustracje: Anna Fudyma/AnetaHg/pinezka.pl
Zobacz też:
9/11 (Nowy Jork) (Anna Kubala)
Mój 11 września (Zakopane) (Monika_kot Śniedziewska)
Jeden dzień w życiu informatyka (Jan Śliwa)
11 września (Düsseldorf) (Joanna Titeux)
| < Poprzednia | Następna > |
|---|







