Drukuj
Luty 2008 autor: Adam Grabowski

Pamiętnik redaktora, cz. 6

Adam Grabowski


   Wydarzenia 1956 roku zapowiadały prawdziwą odnowę i porozumienie narodowe. Zwolniono z więzień wszystkich, których w poprzedzającym okresie "błędów i wypaczeń" uznano za nieprzejednanych wrogów ustroju ludowego. Ale nie upłynęły trzy lata, a utwierdzał się ponownie powrót do bezkompromisowych metod. Nie podjęto rozwiązań, jakie rozwijał na łamach Państwa i Prawa mój kolega z lat uniwersyteckich, Konstanty Grzybowski, obecnie profesor prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego.




28. Trudności ze wznowieniem pracy zarobkowej

   Minęły dwa lata od zwolnienia mnie z więzienia, a ja zaledwie uporałem się z trudnościami procesowymi. Należało podjąć jakąkolwiek pracę. Powinienem wrócić do mojego stałego zawodu wydawcy, redaktora, ekonomisty. W Ministerstwie Pracy wystawiono odpowiednie skierowania do pracy. Otrzymałem takie do "Domu Słowa Polskiego" i tam złożyłem. Polecono mi zgłosić się za kilka dni. Tym razem miałem rozmawiać z samym naczelnym dyrektorem zakładów graficznych. Byłem zdziwiony, ponieważ nie kandydowałem na żadne wyższe stanowisko. Bardziej jeszcze byłem zaskoczony, gdy w gabinecie naczelnego dyrektora zastałem kilka osób i dowiedziałem się, że przyjmowanie do pracy odbywa się przy udziale przedstawicieli  Rady Zakładowej.
   Zaraz na wstępie jeden z nich oświadczył, że poznaje we mnie naczelnego dyrektora Drukarni Polskiej S.A. sprzed 1939 roku, bezwzględnego dla pracowników, znanego łamistrajka. W okresie, kiedy kierowałem drukarnią, nie było żadnych strajków, co więc miałem łamać, odpowiedziałem spokojnie. Kiedy jednak dyrektor jak przysłowiowy Piłat rozłożył ręce, że nie on jest winien stawianych mi zarzutów, zorientowałem się, że wszystko zostało ukartowane z góry. Nie próbowałem się bronić, podziękowałem za pouczający spektakl i opuściłem progi niegościnnego zakładu drukarskiego. Było to pierwsze, ale nie ostatnie  rozczarowanie w poszukiwaniu pracy.

   Nie potrafiłem żyć bez pracy zarówno zawodowej, jak i społecznej. Urodziłem się już jako homo faber i nawet dzisiaj, kiedy przekroczyłem 80 lat życia, muszę się czymś zajmować. Moje najbliższe otoczenie nazywało mnie dobrotliwie "pracusiem".
   Po wyjściu z więzienia miałem otwartą drogę tylko do pracy społecznej w Radzie Prymasowskiej Budowy Kościołów Warszawy. Praca ta nie mogła mi zapewnić środków potrzebnych do życia. Z wykształcenia byłem prawnikiem i ekonomistą. Wykonywałem zawód referenta ekonomicznego, następnie kierownika biura, publicysty i redaktora, wydawcy i kierownika zakładu drukarskiego. Gdy zaszła potrzeba, w okresie drugiej wojny światowej, pracowałem jako szofer i elektromonter, innym razem jako robotnik przy budowie dróg, a w czasie okupacji hitlerowskiej jako inkasent podatków komunalnych. Mogłem i teraz podjąć się pracy np. linotypisty, ale mi to zdecydowanie wyperswadowano. Myślałem o zatrudnieniu przy rekonstrukcji zabytków, w sztukatorstwie, do czego miałem zamiłowanie. Mogłem wreszcie zacząć pisać, ale gdzie będę mógł to zamieścić? Niektórzy doradzali mi pisanie do tzw. "szuflady" o przeżyciach wojennych i więziennych. Nie brakowało mi odwagi w wypowiadaniu własnego zdania. Na cóż się ono zda, skoro nie prowadzi do zgody narodowej.
   Wydarzenia 1956 roku zapowiadały prawdziwą odnowę i porozumienie narodowe. Zwolniono z więzień wszystkich, których w poprzedzającym okresie "błędów i wypaczeń" uznano za nieprzejednanych wrogów ustroju ludowego. Ale nie upłynęły trzy lata, a utwierdzał się ponownie powrót do bezkompromisowych metod. Nie podjęto rozwiązań, jakie rozwijał na łamach Państwa i Prawa mój kolega z lat uniwersyteckich, Konstanty Grzybowski, obecnie profesor prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Józef Cyrankiewicz reprezentował polski socjalizm, jednakże nie w tym znaczeniu, jak go określił Oskar Lange w 1940 roku:
   Socjalizm w moim pojęciu jest to taka organizacja procesów społecznych, która służy dobru ludu zamiast przywilejom nielicznych. Jest on celem i metodą właściwą nowoczesnemu uprzemysłowionemu społeczeństwu, a nie gotową receptą ważną na wszystkie czasy i w każdych warunkach. Później ten sam Oskar Lange jakby zapomniał, co tak trafnie sformułował.
   Niektórzy dawni koledzy zabierali jeszcze głos w periodykach katolickich, które nie zostały unicestwione jak Tygodnik Warszawski. To jednak, co jako minimum formułowali w Znaku Stanisław Stomma i w Tygodniku Powszechnym niezapomniany Antoni Gołubiew, było tylko głosem wołającego na puszczy. Nie chciano podjąć nawet dyskusji na temat odnowy życia politycznego w kraju. Obowiązywało nadal tylko to, co głosiła prasa partyjna oraz prasa podporządkowana. Prasa spod znaku Bolesława Piaseckiego podjęła się usłużnie określać, jakie zadania mają do wypełnienia katolicy i Kościół rzymskokatolicki  w Polsce. Stało to w rażącej sprzeczności z powszechnym odczuciem społeczności katolickiej. Ze zrywu 1956 roku nie wyciągnięto odpowiednich wniosków. Przyznano się do popełnienia błędów i wypaczeń, odżegnano od zbrodni popełnionych, ale nie zmieniono metod sprawowania władzy, nie ulepszono gospodarki w kraju nie nadążającej za potrzebami ludzi pracy, nie ukrócono wszechwładzy biurokracji. Prowadziło to do kryzysów, które powtarzały się niemal co 10 lat, a sprawa porozumienia narodowego nie posuwała się naprzód.

   Władysław Gomułka, choć dwukrotnie zakosztował smaku odsunięcia od władzy, zapomniał co przyrzekał rozgorączkowanym rodakom w 1956 roku w Warszawie, a mianowicie powołanie rad robotniczych i związków zawodowych nie uzależnionych od administracji państwowej. Kontynuował walkę przeciwko Kościołowi rzymskokatolickiemu w Polsce. Nie więziono już biskupów, księży i działaczy katolickich, ale działała ciągle propaganda ateizmu, rozbijania rodzin, nadal utrudniano katechizację młodzieży, nie udzielano zezwoleń na budowę nowych kościołów, i na tym tle dochodziło do gorszących scen pomiędzy ludnością i milicją.
   Jedną tylko zasługę należy przypisać Władysławowi Gomułce – a mianowicie, że nie dopuścił do pełnej kolektywizacji i dewastacji rolnictwa, nie zapomniał, że w gospodarce publicznej obowiązuje żelazne prawo "wedle stawu grobla" i nie zadłużył kraju ponad wszelką miarę, jak to się stało później, gdy do władzy doszli nieodpowiedzialni decydenci.

   Dowiedziałem się, że mogę dostać pracę w wydawnictwach prospektów Centrali Technicznej przy ul. Flory w charakterze redaktora technicznego. Oczywiście, podjąłem się tej pracy. Do moich zadań należało przygotowywanie do druku, poprawianie tekstów, korekta i dopilnowanie druku. Odpowiadało mi takie omnibusowe zajęcie, chociaż płaca była niewielka. Obiecał mi dyrektor poważną kwotę dodatkowo, jeśli zgodzę się opracować specjalny duży katalog narzędzi, rozprowadzanych przez Centralę Techniczną. Podjąłem się tego, niestety bez specjalnego zlecania pracy i kiedy wielkim nakładem pracy dodatkowej, doprowadziłem dzieło do skutku, okazało się, że nic mi się nie należy. Otrzymałem tylko po ukazaniu się albumu premię, jaką otrzymali wszyscy pracownicy Centrali Technicznej z nagrody przyznanej przez Ministerstwo. Mnie przypadła kwota, jak księgowemu, który z opracowaniem katalogu nie miał nic wspólnego. Zapytałem dyrektora o olbrzymie wynagrodzenie, o jakim mnie zapewniał w trakcie opracowywania albumu. Odpowiedział, że to właśnie ta premia, jaką otrzymałem. Gdy przypomniałem mu o jego zapewnieniach, cynicznie się wyparł i potraktował jak natręta domagającego się zapłaty za rzecz nie objętą umową-zleceniem. Powiedziałem mu, co sądzę o jego postępowaniu i podziękowałem za pracę. Zapowiedziałem także, że wniosę sprawę do Sądu. Uczyniłem to i przegrałem, ponieważ dyrektor oświadczył na sprawie, że do opracowania albumu zobowiązany byłem jako stały redaktor, a na dowód, że się nie przepracowywałem było, że w czasie pracy czytałem sobie dzienniki.

   Otrzymałem dobrą nauczkę na pierwszej posadzie po więzieniu. Należy nie wierzyć temu, o czym zapewniają dyrektorzy i podejmować pracę tylko na pisemne zlecenie. Uzbrojony w to doświadczenie podjąłem pracę w Wydawnictwach Komunikacji i Łączności przy ul. Kazimierzowskiej. 


29.  Praca w Wydawnictwach Komunikacji i Łączności

   Zostałem najpierw zatrudniony jako redaktor techniczny w dziale produkcji książek. Działem tym kierował przedwojenny fachowiec, Antoni Hanebach, i nietrudno mi było znaleźć z nim wspólny język. Na jego zlecenie jeździłem do zakładów graficznych w Łodzi, Toruniu, Poznaniu, a także w Gdańsku i Wrocławiu, w których lokowałem i nadzorowałem produkcję książek Wydawnictw Komunikacji i Łączności. Rad byłem z tej pracy, ponieważ dawała mi sposobność poznania, niejako na nowo, naszych miast. Spodobał mi się Wrocław, którego nie znałem, a który po zniszczeniach wojennych odbudowywał się podobnie  jak Warszawa, to znaczy z rozmachem. Odwiedzałem kościoły, które zachowały pamiątki, ślady polskości, niezatarte mimo czterowiekowej obecności tu Niemców. Podziwiałem kościół Św. Doroty wybudowany w tym samym gotyckim stylu, co warszawska katedra Św. Jana Chrzciciela.
   Po przeszło rocznej pracy w dziale technicznym wydawnictw, bez jakichkolwiek starań z mojej strony, zostałem awansowany na stanowisko redaktora w redakcji książek samochodowych. Przypadło mi zadanie poprawiania tekstów w książkach technicznych, napisanych przez autorów niejednokrotnie niestarannie. Była to praca niewdzięczna, podobna do pracy nauczyciela, do którego przylgnęło porzekadło "obyś cudze dzieci uczył", a do redaktora "obyś cudze teksty poprawiał". W redakcji książek samochodowych byli lepsi ode mnie specjaliści. Mnie także nie była obcą ekonomika transportu. Dobrze wiedziałem, jakie książki potrzebne są w kraju, który dopiero wkroczył na drogę rozwoju przemysłu, także samochodowego.

   Przemysł rozwijał się w kraju w sposób żywiołowy. Zatrudnieni w nim pracownicy rekrutowali się w dużej mierze ze środowiska wiejskiego i oczywiście często byli niedostatecznie przygotowani i douczeni na stanowiska pracy, na których się znaleźli. Także na wsi pojawiły się ciągniki i maszyny rolnicze, wymagające znajomości ich obsługi i naprawy. Wielką zasługą Wydawnictw Komunikacji i Łączności, niedocenianą dzisiaj, było dostarczenie młodzieży wiejskiej książek poradników obsługi pojazdów, z których mogłaby się dokształcać. Z mojej inicjatywy i pod moją redakcją ukazał się m. in. cały cykl popularnych poradników dla zatrudnionych na różnych stanowiskach w transporcie samochodowym i jego zapleczu technicznym. Były one corocznie wznawiane i ukazywały się w dużych nakładach w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, na równi z instrukcjami obsługi poszczególnych pojazdów samochodowych i książkami napraw. Spowodowały one, że politechnizacja młodzieży wywodzącej się ze wsi stała się faktem umożliwiającym rozwój przemysłu i samego transportu samochodowego.

   Kierownikiem redakcji książek samochodowych, a także lotniczych, był w czasie do mojej emerytury znany lotnik RAF-u, Michał Goszczyński. Potrafił on zrealizować program popularyzacji samochodów przez wydanie encyklopedycznych książek Witolda Leśniaka oraz popularnych znanego kierowcy Rychtera. Zatroszczył się o wydanie podręczników dla studentów wydziałów samochodowych politechnik w Warszawie, Gdańsku i Szczecinie. Muszę się przyznać, że przysporzyła mi niemało zadowolenia współpraca z profesorami wyższych uczelni, których rezultatem był szereg książek i podręczników.
   Najlepiej współpracowało mi się z niektórymi specjalistami z Ministerstwa Komunikacji oraz ze Zjednoczenia Transportu Samochodowego, której to współpracy rezultatem była książka pt. Zaplecze techniczne transportu samochodowego, objętości 43 arkuszy wydawniczych, która doczekała się trzech kolejnych wydań. Autorami tej naprawdę wartościowej, jak na ówczesne potrzeby książki, byli inż. Józef Chaciński, ceniony już w okresie międzywojennym specjalista oraz inż. Zygmunt Jędrzejewski, późniejszy dyrektor Departamentu Samochodowego w Ministerstwie Komunikacji. Wspominam jej autorów z tego również powodu, że potrafili docenić zaproponowaną przeze mnie metodę opracowania tej trudnej książki. Gdyby miała być przygotowana w normalnym toku pracy redakcyjnej, niestety rozproszkowanej, wtedy trwałoby to ok. 5 lat. Ja i moi autorzy uporaliśmy się z tym w ciągu jednego roku tylko dlatego, że po uzgodnieniu ogólnego konspektu książki, napisanie poszczególnych części, a nawet rozdziałów książek, poprzedzało szczegółowe uzgodnienie z redaktorem i opiniodawcą. Dotyczyło także tablic, rysunków i zdjęć, których autorzy zaproponowali bez liku. Taka metoda pracy była uciążliwa zarówno dla redaktora, jak i autorów, a wymagała nie tylko odsiedzenia w redakcji obowiązujących godzin pracy z podpisaniem listy obecności. Ale dzięki niej praca posuwała się szybko naprzód, nie było problemu czy złożona przez autora praca odpowiada przeznaczeniu i zgodna jest z zawartą umową. Nie było potrzeby przepisywania, tym bardziej, że były to różne tablice wyliczeniowe, wzory matematyczne oraz rysunki poglądowe. W chwili złożenia przez autorów pracy, była ona redakcyjnie przygotowana do druku i zbędny był przewlekły proces przyjęcia. Podobnie przygotowywałem inne książki wymienionych autorów, jak np. Organizacja gospodarstwa i zakładu transportu samochodowego.

spotkanie w Wydawnictwie
Spotkanie w Wydawnictwie Komunikacji i Łączności

   Zadomowiłem się na dobre w Wydawnictwach Komunikacji i Łączności. Znalazłem możliwość spokojnej i pożytecznej pracy, co było potrzebne po długim okresie jałowym. Koledzy i koleżanki odnosili się do mnie życzliwie. Także koledzy zaangażowani partyjnie, mimo mojej przeszłości, nie traktowali mnie gorzej od wszystkich innych. Poznałem wielu ciekawych i wartościowych ludzi i z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłem. Z Leonem Szerszenowiczem, Stefanem Witkowskim i Stanisławem Nawrockim w czasie wolnym od pracy, w godzinach popołudniowych, graliśmy w bridża. Miło i życzliwie gawędziło się na spotkaniach z Michałem Goszczyńskim, Zygmuntem Grodeckim, Witoldem Leśniakiem i Henrykiem Wieczorkiem oraz z wieloma koleżankami, których nie sposób mi tutaj wymienić. Przez cały okres pracy w Wydawnictwach Komunikacji i Łączności korzystałem z prowadzonej tu stołówki, co znacznie ułatwiło mi życie.

   W rezultacie byłem rad, że do końca mojej pracy zawodowej znalazłem się w środowisku odpowiadającym mi pod każdym względem, a w pracy mogłem wykazać się niejednym pożytecznym działaniem. Wśród zatrudnionych w Wydawnictwie redaktorów, w redakcji kolejowej odnalazłem kolegę i przyjaciela z górnych i chmurnych lat gimnazjalnych, lat pierwszej wojny światowej, Feliksa Setkowicza, uchodzącego i tutaj za "pracusia". Choć na długo rozłączyło nas życie, to nadal łączył nas nie wygasły sentyment do Krakowa, humanistyczne wykształcenie i wiele podobnych cech. Nic dziwnego, że od ponownego spotkania szczególniej przylgnęliśmy do siebie i do końca naszych dni, a nie pozostało ich tak wiele, cieszyć się będziemy z każdorazowego spotkania. Wreszcie wśród przemiłych pań, które pracowały w Wydawnictwach, w redakcji Morza znalazłem przyjaciela i towarzyszkę na resztę mojego powikłanego życia.

   Gdy osiągnąłem 67 lat życia, na stanowisku st. redaktora doczekałem się emerytury i w grudniu 1969 roku, nie bez żalu, musiałem opuścić zajmowane stanowisko. Nie sądziłem, że będę miał tyle trudności z uzyskaniem świadczeń emerytalnych. Na zgłoszony przez Wydawnictwa Komunikacji i Łączności wniosek o zaopatrzenie emerytalne, Zakład Ubezpieczeń w Warszawie decyzją z dnia 13 października 1968 r. /Rp. 3751/72, odmówił mi w ogóle prawa do renty, ponieważ udowodniłem tylko 22 lata zatrudnienia, a do nabycia prawa do renty potrzebny był okres co najmniej 25 lat. Byłem zmuszony odwołać się i udowodnić, że także w okresie przed 1939 rokiem przez kilkanaście lat pracowałem zawodowo i płaciłem stawki ubezpieczeniowe, na podstawie których moja emerytura powinna wynosić 800 złotych przedwojennych. W Polsce Ludowej z powodu pozbawienia mnie możliwości zarobkowania przez przeszło 10 lat zabrakło mi 3 lat przepracowanych.
   W rezultacie moich odwołań Zakład Ubezpieczeń ustalił podstawę wymiaru na 3.975 zł i otrzymałem emeryturę w wysokości 1.734 złotych, podniesioną później do 2.717 złotych. Nie przysługiwały mi żadne dodatki, jakie mieli np. należący do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Nie zapisałem się do tego Związku i pomimo wyjątkowo niskiej emerytury przestałem zabiegać o jej podwyższenie. Miałem oczy otwarte i obserwowałem, jak wielka dzieje się krzywda wszystkim uczestnikom tzw. starego portfela ubezpieczeń.
   W okresie wstrzymania mi wypłat emerytalnych otrzymane prace zlecone pozwalały mi wiązać koniec z końcem, czułem się jeszcze na siłach dorabiać sobie do skromnej emerytury.


30. Wznowienie pracy społecznej

   Praca społeczna w całym życiu była potrzebą mojego serca. Nauczył mnie jej niezapomniany kolega z lat najmłodszych, Eugeniusz Stach. Ukierunkowali zainteresowanie pracą społeczną katecheci, a utwierdzili w niej dostojnicy Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce, których miałem szczęście poznać, a z niektórymi nawet bliżej współpracować. Byli nimi w kolejności: Adam kard. Sapieha, arcybiskup metropolita krakowski, August kard. Hlond, Prymas Polski i Stefan kard. Wyszyński, arcybiskup gnieźnieńsko-warszawski, Prymas Polski, nazwany po śmierci Prymasem Tysiąclecia. Każdemu z nich zawdzięczam coś, co określiłbym, jako poszerzenie i pogłębienie własnego życia.
   Kardynała Adama Sapiehę podziwiałem jako młody chłopak w latach pierwszej wojny światowej. On, książę z rodu i książę Kościoła, dał się poznać ludowi Krakowa jako wielki jałmużnik i dobroczyńca. Podziwiałem Adama Chmielowskiego, obecnie błogosławionego brata Alberta, powstańca, artystę, malarza, ojca wszystkich ubogich i założyciela Zgromadzeń Braci i Sióstr posługujących ubogim Albertynów i Albertynek. Pyszniłem się wobec kolegów, że jak oni noszę imię Adam. Starałem się ich naśladować, ale niczego na tym polu nie dokonałem, ponieważ jak trafnie powiedział brat Albert: Służąc ubogim trzeba być samemu ubogim, aby tej służby nie porzucić.
   Zastanawiało mnie później, że lud Krakowa, który tak kochał i był wdzięczny swojemu biskupowi, potrafił okazać niewdzięczność zasłużonemu prezydentowi miasta Krakowa, śpiewając na ulicach: Leo umarł na czerwonkę, bo sprzedawał Żydom mąkę, kiedy o tę mąkę było rzeczywiście trudno, a epidemia krwawej dyzenterii ogarnęła wielu. Dosięgła także mojego ojca i mnie, tylko że nam udało się wyrwać z jej szponów.

   Z innych powodów podziwiałem kardynała Augusta Hlonda, Prymasa Polski. Wszyscy, którzy go znali, byli pod wrażeniem niezwykłych horyzontów myśli i wszechstronnej inteligencji tego, wywodzącego się z ludu śląskiego, człowieka. A cóż dopiero mówić o jego wypowiedziach w zasadniczych dla Kościoła i dla Polski sprawach. Oto kilka z nich:
   Nie mylę się chyba twierdząc, że Polsce jest przez Opatrzność zastrzeżony przywiej dziejowy ochrzczenia nowych czasów przez pokojowe wprowadzenie narodu z rozbieżności ideowej na gościniec szerokiej zgody. Polska od dziesięciu wieków przeżywa chrześcijaństwo na swój  sposób, ma swoiste wyczucie i nastawienie także wobec zagadnień obecnego przełomu. Polska kroczy ku odrodzeniu własną drogą. Prędzej niż inne narody  Polska znajdzie w swym gorącym a chrześcijańskim patriotyzmie pogodzenie zdrowej, rewolucyjnej treści czasów z wiarą ludu, pokona sprzeczności, które obca nam filozofia XIX w. skonstruowała między materią a duchem. Pogodzi ducha z techniką, doczesne zadania obywatela z jego wiecznym powołaniem, nowoczesność ze szczytną tradycją, przyszłość ze zdobyczami duchowymi wieków.

   W innym miejscu Prymas Polski, wytyczając program Kościoła powiedział:
   Chcemy współpracować w poczuciu katolickiego obowiązku nad wprowadzeniem takiego ustroju społecznego, w którym by nie było ani przywilejów, ani krzywdy, ani proletariatu, ani bezrobotnych, ani głodnych, ani bezdomnych. I by w polskiej społeczności narodowej, organizowanej wedle nakazów sprawiedliwości i miłości bliźniego, każdy obywatel miał możność uczciwą pracą zapewnić sobie i rodzinie byt godny człowieka. Nie lękamy się ani nowoczesności, ani przemian społecznych, ani ludowej formy rządów, o ile uszanowane zostaną zasady nie zmienionej i niezmienialnej moralności chrześcijańskiej.  

   W zakresie zaangażowania się w odbudowę zniszczonej Warszawy Prymas Polski, w odezwie do całego świata powiedział, że zacytuję tu tylko fragment:
   Aby mocami Ducha Pocieszyciela rozpogodziło się moralne oblicze stolicy. Iżby Warszawa górowała nad metropoliami globu prymatem prawdy i dostojeństwa. Iżby od niej, jako od dziejowej piastunki władzy, wiały na kraj twórcze tajemnice Boże, które męczeńskim sercem schłonęła, gdy wśród pożogi kontynentów dogorywała w purpurowej chwale własnej ofiary.

odbudowa katedry św. Jana
Odbudowa katedry św. Jana Chrzciciela, 1950 r.

   Przedwcześnie zmarły kardynał August Hlond miał na myśli nie tylko materialną odbudowę zniszczonych kościołów, ale odbudowę moralną, odnowę także całego Kościoła, jaką stanowi lud Boży. Powtarzał to niejednokrotnie nam, bliższym współpracownikom świeckim. 
   Mimo długofalowego programu, tuż po śmierci Augusta kard. Hlonda nastąpiło frontalne uderzenie na Kościół rzymskokatolicki w Polsce, na księży i biskupów oraz działaczy katolickich. Doświadczył tego na sobie następca na stolicy prymasowskiej, Stefan kard. Wyszyński. Objął to stanowisko właśnie w czasie, kiedy władze państwowe postanowiły uzależnić od siebie całe duchowieństwo i decydować o obsadzeniu stanowisk kościelnych. Nie mógł się na to zgodzić nowy Prymas i za swą nieugiętość 25 września 1953 roku został aresztowany i kolejno więziony w Rywałdzie, Stoczku Warmińskim, w Prudniku oraz w Komańczy. Dopiero w październiku 1956 roku odzyskał wolność.
 

   W dwa lata później, zwolniony z długoletniego więzienia i zrehabilitowany mogłem powrócić do społecznej pracy w Radzie Prymasowskiej Odbudowy Kościołów Warszawy. Przywitał mnie Stefan kard. Wyszyński tak, jak były więzień wita byłego więźnia. Podniósł klęczącego, uścisnął i ucałował głowę, jak ojciec syna nie tyle marnotrawnego, ile zmaltretowanego. Witany serdecznie przez innych, także duchownych i świeckich działaczy w Radzie Prymasowskiej Kurii Metropolitalnej, dostrzegłem, jakże bardzo zmienione są warunki pracy. 
   Wprawdzie zwolniono z więzień księży i działaczy katolickich, ale w dalszym ciągu wydane zakazy i nakazy pozostawały w mocy i właściwie wszystko było zabronione. W zakresie wydawnictw nie ukazywał się Tygodnik Warszawski i nic nie wskazywało, aby można było wznowić jego ukazywanie się. Nie udzielano zezwoleń na wydawnictwa katolickich kalendarzy ściennych, kieszonkowych i książkowych "Rodziny Polskiej". Nie udzielano zezwoleń na budowę nowych kościołów na nowo powstałych dzielnicach i osiedlach, a także innych budynków o przeznaczeniu sakralnym. W przypadku spontanicznej budowy zastępczych budowli kultu Bożego przez miejscową ludność, burzono je przy użyciu buldożerów. Nadal stosowano wszystkie utrudnienia wiążące się z katechizacją młodzieży.
   Prymas Polski Stefan kard. Wyszyński inicjując na nowo starania zmierzające do przywrócenia Kościołowi należnych mu praw, powiedział na Walnym Zebraniu Rady Prymasowskiej takie znamienne słowa: Kościół nigdy nie ma łatwej pracy. Zawsze jest w niej coś z misterium Krzyża, który jest naszą nadzieją i zapowiada radość

   W istocie trzeba było podjąć pracę w trudnych warunkach. Nagromadziło się w okresie "błędów i wypaczeń" wiele zaległości. Należało dokończyć, rozpoczęte na wielką skalę, dzieło odbudowy zniszczonych świątyń Warszawy. Palącą była potrzeba budowy nowych świątyń tam, gdzie miejscowa ludność pozbawiona była w ogóle możliwości uczestniczenia w nabożeństwach. W osiedlach obliczonych na kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców nie zaplanowano w ogóle kościołów i nie zabezpieczono odpowiedniego terenu. Ludność samorzutnie znajdowała na nabożeństwa odpowiednie zastępcze pomieszczenia. Zaczęło się krzewić prowizoryczne budownictwo barakowe, bo tak tylko nazwać je można, które niczego nie rozwiązywało i nie zaspokajało aspiracji społeczności katolickiej.

   Odbudowa zniszczonej archikatedry Św. Jana Chrzciciela oraz innych kościołów Warszawy, dzięki ofiarności parafian i poważnej pomocy Polaków z zagranicy, dobiegała końca. Kardynał Stefan Wyszyński na zebraniu Rady Prymasowskiej w dniu 17 marca 1961 roku tak scharakteryzował dokonania w tym zakresie: Wielkie jest społeczne znaczenie tej pracy. Odrywamy się od szarej codzienności, uczymy się patrzeć głębiej i wyżej. Stajemy w tej pracy poniekąd u podstaw kultury ogólnoludzkiej. Dokonane dzieło odbudowy kilkudziesięciu świątyń ma swoją wymowę. Potęga wiary całego narodu przyczyniła się do powstania tego wielkiego dzieła. Były lata większych  osiągnięć, obecnie mniejszych, ale dzieło się rozwija – idzie naprzód.

   Budowa nowych kościołów ciągle nie mogła ruszyć z miejsca. Toteż w następnym 1962 roku powiedział Prymas Stefan Wyszyński:
   Obecna sytuacja w zakresie budownictwa nowych kościołów jest przejściowa i nie może być ostateczna. Nasilające się trudności doprowadzone do absurdu są zapowiedzią ich końca. Przyszłość zależy od tych wartości, które są najgłębszym pragnieniem człowieka. W najtrudniejszej sytuacji trzeba być optymistą, trzeba w sposób spokojny i obiektywny prowadzić sprawy. Całą energię trzeba włożyć w przekonywanie o absurdalności powstałej sytuacji. W czasie nabożeństw odprawianych prze ks. Sydrego tysiąc ludzi marzło na ulicy. Im trudniejsze są warunki i im trudniejsza jest praca, tym większą posiada ona wartość. Zachęcam do przezwyciężania istniejących trudności. Męstwo chrześcijańskie wyraża się  przede wszystkim w ufności, spokoju i wytrwałości.

   Uzbrajał nas Prymas w męstwo chrześcijańskie, ale i pouczał mówiąc w dniu 16 kwietnia 1964 roku:
  Trzeba więcej uwagi poświęcić przygotowaniu się do budowy i projektowania przyszłych kościołów. Gdy przyjdzie możliwość ich budowy, nie będzie to trudne finansowo, ponieważ i w kraju, i za granicą wśród Polaków istnieje gotowość do ofiar na rzecz odbudowy i budowy nowych kościołów. Robimy rzecz dobrą, nie godzimy w nikogo, pragniemy pracować dla chwały Bożej, służyć współbraciom. Sobór, działalność dwóch ostatnich papieży, a zwłaszcza encyklika "Pacem in terris", przyczyniły się do pogłębienia klimatu skierowanego ku pokojowi, ku wzajemnemu współżyciu między ludźmi.

   W dniu 18 kwietnia 1969 roku nastąpiło przemianowanie Rady Prymasowskiej Odbudowy Kościołów na Radę Prymasowską Budowy Kościołów i z tej okazji ksiądz Prymas powiedział:
   Potrzeba budowy świątyń jest oczywista i ze strony władz Kościoła czyni się wszystko, by tę sprawę ruszyć z miejsca. Potrzeba ta wymaga z naszej strony przede wszystkim szturmu do nieba, bo Bóg jeden może znaleźć sposoby otwarcia drzwi dla tej palącej sprawy, sprawy społecznej – zapewnienia wiernym miejsca na wspólną modlitwę.

Wielki Czwartek - 1969 r
Wielki Czwartek, 1969 r. – przed Katedrą


   Wreszcie w początkach lat siedemdziesiątych jakby przycichła propaganda wojującego ateizmu. W wychowaniu rodzinnym doszukano się pozytywnych wartości. Rada Prymasowska zaczęła stopniowo odzyskiwać prawa wydawnicze, których została pozbawiona. Pierwszy ukazał się Przewodnik po bazylice Św. Jana Chrzciciela ze słowem wstępnym jej odnowiciela, Stefana kard. Wyszyńskiego. W następnych latach przewodnik ten doczekał się trzykrotnego wznowienia. Wydane zostały pierwsze zezwolenia na budowę nowych kościołów i od razu ożywiło się ich projektowanie.

   Zacytowane fragmenty programowych wystąpień bezbłędnie charakteryzują sytuację  i warunki pracy w minionych latach. Świadczą o ogromnym osobistym zaangażowaniu się kardynała Stefana Wyszyńskiego w sprawę odbudowy i budowy nowych kościołów. Najlepiej o tym wiedzieliśmy my, którzy stanowiliśmy Radę Prymasowską Budowy Kościołów. W pierwszej powołanej do życia przez Augusta kard. Hlonda znaleźli się i działali:
Zarząd: bp Wacław Majewski, jako Prezes, abp Antoni Szlagowski i bp Zygmunt Chromański jako wiceprezesi, Stanisław Leśniowski – sekretarz, red. Adam Grabowski – skarbnik.
Członkowie: prof. Tadeusz Butkiewicz, Władysław Grabski, Kazimierz Matuszewski, prof. Zdzisław Mączeński, arch. Stanisław Marzyński, arch. Konstanty Jakimowicz, adw. Stanisław Janczewski, ks. Wacław Murawski, dyr. Tadeusz Gocławski, ks. Zygmunt Kaczyński, ks. Jan Sztuka, ks. Jan Szmigielski, prof. Antoni Ponikowski, red. Bogdan Skąpski, dyr. Tadeusz Sadowski, ks. Feliks de Ville, ks. Stefan Ugniewski i Jerzy Zawieyski.

   Praca Rady Prymasowskiej zwłaszcza w okresie lat 1946 i 1947 była niezwykle intensywna i z zapałem przez wszystkich pełniona. Później, w okresie "błędów i wypaczeń" nie tolerowana, ale nikt się jej nie wyrzekł. Mimo zastosowanych represji wielka była idea odbudowy zniszczonych świątyń Warszawy. Z okazji 20-letniej rocznicy istnienia Rady Prymasowskiej powiedział jej Patron, Stefan kard. Wyszyński:
   Stajemy w obliczu Boga, który dał nam tę radość, że zdołaliśmy coś zrobić dla chwały Bożej, dla kultury Narodu, a sądzę – i dla nas samych. Dla nas samych bowiem człowiek dorabia się duchowo, dopracowuje wartości. Takim odcinkiem uwielokrotnionej wartości jest praca członków w Radzie. Nie czynię nadużycia przeprowadzając takie porównanie. Wszędzie bowiem w tym procesie jest taka sama zasada: człowiek i jego osobowość. Osobowość zebrała właśnie w sobie te wartości, które reprezentuje praca Rady, i na tym zasadza się jej pozycja. W tym widzę Wasz osobisty dorobek, dorobek Waszej kultury duchowej. Zasłużyliście się Kościołowi, kulturze, a i sobie. 

   Nie mogła być większą nagroda za pracę społeczną, którą udzielił nam nasz Arcypasterz, tym bardziej, że spotkała nas w okresie, kiedy znowu mogliśmy pracować bez przeszkód. Kuria Metropolitalna mogła znowu składać wnioski o lokalizację pod nowe kościoły a także budynki katechetyczne. Były trudności, ale już do przezwyciężenia, wynikające z tej przyczyny, że w fazie sporządzania planów zagospodarowania przestrzennego osiedli, potrzeby religijne społeczności katolickiej nie były brane pod uwagę. Cierpliwe uzgadnianie planów z Urzędami Wojewódzkimi było w stanie przezwyciężyć nawet zaniedbania z lat poprzednich.
   Skład Rady Prymasowskiej zgodnie ze statutem był co 5 lat odnawiany. Przybywali nowi członkowie, ale i ubywali bardzo zasłużeni. Z pierwszego składu pozostali przy życiu tylko prof. Stanisław Marzyński i piszący te słowa. Z później mianowanych zmarli tak wybitni członkowie, jak prof. Jan Bogusławski, prof. Zbigniew Wasiutyński, prof. Jan Zachwatowicz, art. plastyk Adam Jabłoński, długoletni dyrektor Biura Rady ks. Jan Penkała, inż. Edward Ratkowski, adw. Robert Prusiński, ks. Franciszek Olszewski, ks. Tomasz Bojasiński, ks. Henryk Kałczyński, prof. Witold Kamler i prof. Władysław Danilecki.
 
   Odkąd przewodnictwo Rady Prymasowskiej objął bp Jerzy Modzelewski, który przewodniczył także Komisji Budowy Kościołów Konferencji Episkopatu Polski, praca oparta została na nowych zasadach organizacyjnych. Powołana została Sekcja Architektury i Sztuki pod przewodnictwem prof. Stanisława Marzyńskiego, Sekcja Upowszechnienia i Wydawnictw pod przewodnictwem doc. dr. hab. Mieczysława Twarowskiego, Komisja Artystyczna pod przewodnictwem arch. Władysława Pieńkowskiego. Wiceprzewodniczącym Zarządu został prof. Władysław Danilecki. W skład Zarządu oprócz przewodniczących Sekcji wchodzili także red. Adam Grabowski, Lech Dunin i dyr. Biura ks. Henryk Górniak. Komitet redakcyjny stanowili: ks. prof. Antoni Gościmski, ks. Henryk Górniak, red. Adam Grabowski i ks. prof. Andrzej Luft.
   W homilii na trzydziestolecie istnienia Rady Prymasowskiej tak powiedział o kościele, jako ośrodku życia religijnego każdej parafii:
   Forma architektoniczna kościoła i jego wnętrza powinna być tak zaprojektowana, aby mogła zaspokoić potrzeby religijne ludności i aby świątynia stać się mogła naprawdę mieszkaniem Boga z ludźmi, zbliżyć człowieka do Boga.

   Wśród wielu dokonań Stefana kard. Wyszyńskiego najmniej może znana jest jego działalność oraz osiągnięcia w zakresie odbudowy zniszczonych świątyń Warszawy i rozpoczęcia budowy nowych kościołów tam, gdzie upominała się o to miejscowa ludność. Domagał się nie tylko zezwolenia na zakazane dotąd budownictwo sakralne, ale także pogłębienia życia religijnego, usunięcia istniejących zagrożeń dla rodzin, nie tolerowania pijaństwa stanowiącego niebezpieczeństwo dla całego Narodu. 
   Zapamiętałem dobrze, że nie wszystko, co w budownictwie sakralnym się realizowało, zaspokajało jego oczekiwanie, dawał temu wyraz często na miejscu samej budowy, wobec architektów, budowniczych i samego duchowieństwa. Zgadzał się, że budowniczy kościołów powinni przemawiać współczesnym językiem, że sama architektura odzwierciedlać ma ducha czasu, rozwijać nową technologię, ale pod warunkiem, że będzie wyrażać ideę sakralną. Nie  zawsze odnajdywał ją w udziwnionych projektach oraz w niespokojnych plastycznie bryłach wzniesionych kościołów. Niełatwe sprawy, dotyczące wnętrza archikatedry Św. Jana Chrzciciela, epitafii, zatwierdzał osobiście. Wobec rozbieżności wśród architektów zadecydował o pokryciu blachą miedzianą stromego dachu katedry, ponieważ gotycka dachówka stanowiła w otoczeniu prawdziwe zagrożenie.
   Z radością brał udział w uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego, a następnie konserwacji nowych kościołów. Zapamiętałem wzruszający udział nieuleczalnie chorego Prymasa w uroczystości poświęcenia i wmurowania kamienia węgielnego kościoła na Okęciu, parafii Św. Franciszka z Asyżu, jesienią 1980 roku. Z wyraźną radością wygłosił homilię, jedno z niezapomnianych kazań, których tak chętnie słuchał lud Warszawy. Gdy dzisiaj patrzę na wzniesione już mury kościoła, pokrytego miedzianą blachą, według projektu architekta Siwka przez niestrudzonego proboszcza ks. Ryszarda Bieńkowskiego, przypominam sobie zmarłego Prymasa.
   Według mnie miał On wrodzoną zdolność podtrzymywania na duchu społeczności katolickiej, zwłaszcza w sytuacji zagrożenia podstaw wiary. Umiał przygotować wszystkich do rocznicy tysiąclecia chrztu Polski – podniosłych uroczystości w roku 1969, kiedy to w obecności biskupów z całej Polski, w katedrze warszawskiej odnowił śluby milenijne narodu i dziękował Bogu za pierwsze tysiąclecie wiary. Dokonał wtedy aktu oddania Polski w niewolę Matce Chrystusowej.

   W pamiętnym roku 1978 powołania Polaka, po raz pierwszy w historii, na stolicę Piotrową, kardynał Stefan Wyszyński obchodził uroczystość 30-lecia pasterzowania, był żywym przykładem niezłomności i wytrwałości, podtrzymywania ducha wspólnoty, ukazywania możliwości wyjścia z zagubienia i pesymizmu na drogę prowadzącą do zgody i zadowolenia. Toteż smutek i głęboki żal ogarnął wszystkich, gdy 28 maja 1981 roku odszedł do Boga. W dniu 16 maja 1981 roku, po przyjęciu Sakramentu Chorych, tak powiedział do zebranych przy łóżku:
   Przyjdą nowe czasy, wymagają nowych świateł, nowych mocy, Bóg je da w swoim czasie. Pamiętajmy, że jak kardynał Hlond, tak i ja wszystko zawierzyłem Matce Najświętszej i wiem, że nie będzie słabsza w Polsce, choćby ludzie się zmieniali. Ze swej strony przyjmijcie moje pokorne błogosławieństwo w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen.

kościół św Franciszka na Okęciu - 1980r
Kościół św. Franciszka na Okęciu, 1980 r.

   Na tym samym placu Zwycięstwa pod wielkim Krzyżem w miejscu, gdzie nie tak dawno trwał w braterskim uścisku z papieżem Janem Pawłem II, stała trumna Prymasa Tysiąclecia. W ostatniej drodze, do podziemi bazyliki Św. Jana Chrzciciela żegnali go przybyli na pogrzeb biskupi z całego świata. Wysłannikiem Ojca Świętego, który ciężko ranny po zamachu na Jego życie w dniu 13 maja 1981 roku nie mógł przybyć osobiście, był kardynał Agostino Casaroli. Liczne przybyłe delegacje ze wszystkich stron Polski i ludność całej Warszawy w skupieniu żegnała swego arcypasterza.
   Po zamachu na życie Ojca Świętego Jana Pawła II i śmierci Prymasa Tysiąclecia zatrwożyły się serca wiernych w Polsce. Ojciec Święty po szczęśliwych operacjach dochodził szybko do zdrowia. W Polsce nie zostaliśmy także osamotnieni. Już 8 lipca 1981 roku nadeszła  z Rzymu  wiadomość o nominacji na arcybiskupa gnieźnieńsko-warszawskiego i Prymasa Polski biskupa warmińskiego Józefa Glempa. W czasie uroczystej intronizacji w Warszawie witały swego nowego Arcypasterza nieprzeliczone tłumy wiernych. Nie czuli się już opuszczeni działacze katoliccy.
   W trudnych warunkach rozpoczął pracę nowy Prymas Polski. W kraju rozwijał się żywiołowy ruch społeczno-zawodowy pod hasłem solidarności, przy wielkim poruszeniu mas robotniczych. Wielu ludzi w Polsce z ruchem tym wiązało nadzieję na wyjście z naprawdę ciężkiego kryzysu gospodarczego oraz na osiągnięcie porozumienia narodowego. Skończyło się jednak na ogłoszeniu w grudniu 1981 roku stanu wojennego. Zostały rozwiązane związki zawodowe, a także podstawowe związki twórcze, i kraj ponownie znalazł się w punkcie wyjścia, jeśli idzie o osiągnięcie tak potrzebnej zgody narodowej.


31. Społeczny dorobek wydawniczy

   Kiedy znalazłem się znowu w Radzie Prymasowskiej, w gronie wypróbowanych działaczy katolickich, ambicją moją było odzyskanie z zakresu wydawnictw przynajmniej tego, co uniemożliwiono. Czułem się do tego zobowiązany wobec tych, których już zabrakło: ks. Zygmunta Kaczyńskiego i ks. bp Zygmunta Choromańskiego. Zabrakło także tej miary autorów, co Władysław Jan Grabski, Jerzy Zawieyski, Jerzy Braun, Jerzy Kierst, Stanisław Janczewski, ale i z pozostałymi można było podjąć na nowo trud wydawniczy.
   Szczególną pomoc w tym zamiarze znalazłem u ks. Stanisława Markowskiego, ks. Franciszka Olszewskiego i ks. Jana Penkały. Wszyscy ci prałaci pamiętali pracę wydawniczą w latach 1946-1948 i po jej unicestwieniu oczywiście dążyli do jej wznowienia. Kiedy już uzyskaliśmy pierwsze zezwolenia na wydawanie przewodników po kościołach Warszawy, znaleźli się autorzy: prof. Stanisław Marzyński, arch. Lech Dunin, ks. Antoni Gościmski i ks. Andrzej Luft, którzy nie tylko docenili znaczenie przewodników dla kultury w Polsce, ale i najlepiej je opracowali.
   Kiedy mogliśmy przystąpić do wydania także książek i podręczników, znaleźli się wśród członków Rady Prymasowskiej tak znakomici autorzy, jak: prof. Władysław Danilecki, prof. Andrzej Stelmachowski, prof. Bolesław Szmidt, prof. Witold Kamler, doc. Mieczysław Twarowski, prof. Zbigniew Łoskot, inż. Zbigniew Szymborski i art. pl. Zbigniew Jezierski.
   Nie przybywało tylko w naszej pracy społecznej młodszych od nas. Niestety w warunkach, jakie zostały stworzone, aby żyć pracowali w redakcjach czy instytucjach, które wykluczały ich społeczne zaangażowanie się dla Kościoła. Zgodnie z tradycją, praca na rzecz Kościoła była tylko społeczną. Świeccy działacze mogli liczyć tylko na skromne honorarium autorskie. Jako organizator prac wydawniczych Rady niełatwe miałem zadanie w doprowadzeniu ich do końca. Niewiele się pod tym względem zmieniło, gdy w roku 1980 Rada otrzymała uprawnienia wydawnicze i na podstawie corocznie składanych planów wydawniczych otrzymać mogła przydział papieru, o który było tak trudno. Nie doszło jednak do zorganizowania samodzielnego wydawnictwa z własną stałą redakcją i administracją. Wszystko pozostało po staremu, to jest dorywczo, z wielkim wysiłkiem zaangażowanych w to osób. Organizowano nawet wydawnictwa, które jak kalendarze i przewodniki stały się już periodykami. Nie udało się uzyskać tego, co dawniej odgrywało niemałą rolę, a mianowicie stać się ośrodkiem przyciągającym młodą inteligencję katolicką. Miało natomiast jedną wielką zaletę: nie kosztowało wiele i całkowity dochód ze sprzedaży wydawnictw Rady można było przeznaczyć na konserwację zabytków sakralnych i budowę nowych kościołów.

   Podobnie, jak długo czekać było trzeba na pierwsze zezwolenia na budowę nowych kościołów, tak i czekać należało na wydawnictwa własne. Do wznowienia dawniej wydawanych kalendarzy doszło dopiero w roku 1981 – kieszonkowego, a w 1982 książkowego, pt. Kalendarz Rodziny Katolickiej.

   Wcześniej, bo od 1962 roku, ukazały się przewodniki po kościołach i cmentarzach warszawskich odbudowanych z gruzów, ale nadal pełnych pamiątek narodowych. Zapoczątkował je, jak już wspomniałem, Przewodnik po bazylice Św. Jana Chrzciciela. Opracowali go Lech Dunin i Jan Szmidel, a wzruszające słowo wstępne napisał Stefan kard. Wyszyński:
   Archikatedra Św. Jana jest nadto wyrazem wszczepienia Tysiącletnich naszych przeżyć chrześcijańskich w dzieje ojczyste. Tak wymownie zaznaczył się tutaj nurt dziejowy wiary w Boga, który przez Kościół wszedł w nasze życie. Świadczą o tym szeregi przodków, którzy modlili się w kaplicy Pana Jezusa. Tutaj krzepili się do pracy królowie, wielcy synowie Polski, jak Skarga, Czarniecki, Kościuszko, twórcy Konstytucji 3-go Maja, Traugutt, powstańcy Warszawy i inni. Gdy wchodzisz w progi Katedry, stąpaj ze czcią, bo idziesz po śladach ofiarnej krwi Rodaków, i wracaj do pracy, gotów naśladować najlepszych Synów Polski.
   Wszystkim, wchodzącym w podwoje Archikatedry, z serca błogosławię.

   Przewodnik po bazylice Św. Jana Chrzciciela doczekał się kilku wydań. Bogato ilustrowany, zawiera wzmianki o dokonanych dziełach odnowy w katedrze (ostatni z roku 1981) dokumentuje odwiedziny katedry przez Ojca Świętego w dniu 3 czerwca 1979 roku.
 
   Całą serię przewodników zapoczątkował w 1976 roku Przewodnik po kościołach Starego i Nowego Miasta Warszawy, opracowany przez Lecha Dunina przy współpracy prof. Stanisława Marzyńskiego i ks. Andrzeja Lufta. Obecnie potrzebne jest trzecie wydanie tego przewodnika. 
   Następny, również w roku 1976, ukazał się Przewodnik po kościołach na trakcie królewskim Warszawy, opisujący kościoły pobudowane w ciągu wieków wzdłuż traktu wiodącego od Placu Zamkowego przez Ujazdów do Wilanowa. Autorem tego przewodnika jest ks. Andrzej Luft. W roku 1981 doczekał się wznowienia, a obecnie potrzebne jest trzecie wydanie.
   W roku 1978 ukazał się Przewodnik po kościołach Pragi, opracowany przez Lecha Dunina i ks. Antoniego Gościmskiego.
   Pozostałe kościoły Warszawy objął Przewodnik po kościołach dawnych przedmieść Warszawy, opracowany przez ks. Andrzeja Lufta.


   W roku 1976 ukazał się Przewodnik  po cmentarzu powązkowskim w opracowaniu ks. Zygmunta Strzałkowskiego i ppłk. Mieczysława Waleckiego przy współpracy Lecha Dunina i prof. Stanisława Marzyńskiego. Przewodnik ten doczekał się w 1982 roku trzeciego wydania.
   W roku 1977 ukazał się Przewodnik po cmentarzu na Bródnie w opracowaniu ppłk. Mieczysława Waleckiego i współpracy ks. Franciszka Olszewskiego.
   Słowo wstępne do przewodników napisał bp Jerzy Modzelewski, prezes Rady Prymasowskiej Budowy Kościołów Warszawy. Redakcja i koncepcja graficzna – Adam Grabowski, fotografie: Michał Dąbski, druk w technice rotograwiurowej: Zakłady Graficzne "Dom Słowa Polskiego" w Warszawie.

 

   W roku 1980 wydany został Przewodnik po kościele Św. Anny w Warszawie, opracowany przez Hannę Szwankowską, ze słowem wstępnym ks. T. Uszyńskiego, rektora tego kościoła.

   Wydane przewodniki wypełniły dotkliwą lukę, opisując po zniszczeniach wojennych kościoły Warszawy i uratowane dla kultury narodowej bezcenne pamiątki sakralne. W wydanie ich włożyłem wiele pracy, toteż wraz z ich autorami mam niejakie zadowolenie, że stanowią dokument wykonanej pracy. Żałuje tylko, że z powodu ograniczonych możliwości wydawniczych Rady Prymasowskiej nie mogą się ukazać przewodniki po kościołach w poszczególnych dekanatach archidiecezji warszawskiej.

   Z wydawnictw książkowych pierwsza ukazała się teka dokumentacyjna pt. Jan Paweł II w formie albumu oprawnego w białe płótno, zawierająca wypowiedzi wiążące się z wyborem kardynała Karola Wojtyły na papieża. Słowo wstępne napisał Stefan kard. Wyszyński. Jak było do przewidzenia, album ten rozszedł się błyskawicznie.

 

   Dopiero pod koniec 1982  roku ukazać się mogło od dawna przygotowywane wydawnictwo albumowe pt. Kościoły Warszawy, dedykowane Ojcu Świętemu i Prymasowi Polski. W roku 1956 Rada Prymasowska wydała album pt. Kościoły Warszawy w odbudowie, który był dokumentem ukazującym zniszczone kościoły i podjęte dzieło ich odbudowy. Nowy album, którego Komitet redakcyjny stanowili bp Jerzy Modzelewski, ks. dr Zdzisław Król i red. Adam Grabowski zawierał już małą monografię odbudowy Katedry Św. Jana Chrzciciela, napisaną przez tych, którzy odbudowę tę prowadzili oraz 96 kościołów Warszawy oraz cmentarzy. Ta podstawowa część albumu poprzedzona została wypowiedziami i barwnymi zdjęciami, jakie miały miejsce zarówno w katedrze, jak i na Placu Zwycięstwa, w czasie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła do Ojczyzny. Album w technice rotagrawiurowej wykonały Zakłady Graficzne "Domu Słowa Polskiego" na pięknym papierze ofiarowanym na ten cel przez biskupów z Republiki Federalnej Niemiec. 
   Nie zobaczył upragnionego albumu Stefan kard. Wyszyński, zmarły w dniu 28 maja 1981 roku. W rok później Rada Prymasowska wydała drukiem album – tekę dokumentacyjną pt. Ostatnia droga, zawierającą wypowiedzi i przemówienia wygłoszone w czasie uroczystości pogrzebowych, ostatniej drogi zmarłego Prymasa Tysiąclecia do odbudowanej bazyliki Św. Jana Chrzciciela. Wydawnictwem tym pożegnała Rada Prymasowska swego Patrona, opatrznościowego męża całej Polski.

   Wiele pracy włożyli koledzy w Radzie Prymasowskiej i ja sam w przygotowanie wydawnictwa pt. Budowa i konserwacja kościołów. Kardynał Stefan Wyszyński życzył sobie takiego wydawnictwa dla księży proboszczów, na których ciążył obowiązek nie tylko konserwacji i remontów kościołów istniejących, ale i budowy nowych. Gdy książka ta się ukazała, ciężko chory Prymas z radością przycisnął ją do serca. Autorami byli wybitni specjaliści, członkowie Rady Prymasowskiej. Prace ich koordynował Komitet redakcyjny w osobach: prof. Bolesław Szmidt, ks. Franciszek Olszewski i red. Adam Grabowski.
   W druku znajduje się długo dyskutowana praca doc. dr hab. Mieczysława Twarowskiego pt. Metoda projektowania kościoła.
   W końcu 1981 roku, po blisko 35 letniej przerwie, ukazał się Kalendarzyk katolicki na rok 1982, opracowany przez ks. Jerzego Zalewskiego, zawierający imiona świętych i błogosławionych na podstawie kalendarzy liturgicznych przy uwzględnieniu zmian wprowadzonych przez ostatni Sobór. Kalendarzyk katolicki uwzględnia także imiona, które zwyczajowo przyjęły się w naszym kraju.
   Rada Prymasowska rozpoczęła wydawanie kalendarza książkowego pt. Kalendarz Rodziny Katolickiej, chętnie czytanego przez społeczność katolicką. Niestety trudno zapewnić temu wydawnictwu w istniejących warunkach wydawniczych terminowe ukazywanie się oraz aktualną informację.


   Do wytrwałej pracy wydawniczej zachęca obecnie Józef kard. Glemp, Prymas Polski. Zachęca do przezwyciężenia istniejących trudności, ufności, spokoju i wytrwałości. Jako wydawca i redaktor muszę przyznać, że w Radzie Prymasowskiej znalazłem odpowiadające mi pole do pracy społecznej i źródło niejakiego zadowolenia. Żałuję tylko, że podeszły wiek nie pozwala już na kontynuowanie jej.
   Bardzo się starałem, aby można było wznowić wydawanie Tygodnika Warszawskiego zamkniętego wraz z jego redaktorami. Redaktorzy odzyskali wolność i zostali zrehabilitowani, ale pismo nie. Dopiero kiedy ukazywać się zaczął Przegląd Katolicki, jako wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej, istniejący brak został wypełniony. Nie doszło natomiast do wznowienia wydawnictw w Niepokalanowie prowadzonych przez Maksymiliana Kolbego, świętego naszych trudnych czasów.


32. Znowu w stronę najbliższej rodziny

   Powracam myślą w stronę najbliższych. Od nich rozpocząłem pamiętnik i na nich zakończę. Po mojej rehabilitacji i po powrocie do pracy, niewiele na ich temat powiedziałem. A tymczasem odeszło z widowni całe pokolenie, któremu przypadło żyć w okresie dwóch wojen światowych w trudnych warunkach. Moja rodzina, podobnie jak inne rodziny w Polsce, doznała nielitościwego losu wojny, okupacji i skutków stąd wynikających.

   Z sześciorga rodzeństwa pozostałem sam na świecie. Nie bardzo pojmuję, dlaczego właśnie ja, który bardziej byłem narażony na niebezpieczeństwa. Kiedy byłem jeszcze w więzieniu we Wronkach, zmarła siostra Maria. Zmogła ją choroba i tragiczne przeżycia związane z jej mężem, dr Józefem Gunią. Został on aresztowany w Krakowie przez gestapo już w roku 1939. Przetrzymał wszystkie okropności obozów koncentracyjnych, ale zginął tragicznie w 1945 roku tuż po odzyskaniu wolności. Córka ich, Barbara, moja chrzestna, ciężko odchorowała śmierć ojca a następnie matki. Jak mogłem podtrzymywałem ją na duchu. Przezwyciężyła niedobry los i poświęciła się wychowaniu syna Łukasza Ostrowskiego. Wyrósł na dzielnego człowieka, ukończył studia w politechnice krakowskiej, pozostając dla matki całą nadzieją na przyszłość.

   Kolejno i według starszeństwa pożegnać się musiał z życiem brat Edmund. Nie bardzo zgadzaliśmy się ze sobą w latach młodych i inne zgoła mieliśmy zainteresowania. On jeden z całego rodzeństwa odwiedził mnie w więzieniu i podtrzymywał na duchu. Nie bardzo wiodło mu się w życiu, ale przedzierał się przez nie z rozbrajającą swobodą i pogodą. Pojął za żonę Janinę, niezwykłej dobroci i poświęcenia, zwłaszcza dla swej przedwcześnie zmarłej siostry. Doczekali się dwóch dzielnych synów, Feliksa i Janusza, którzy ukończyli wyższe studia, objęli poważne stanowiska w pracy, pożenili i jako jedyni kontynuują nowe pokolenie rodu Grabowskich w Krakowie. Z całego bowiem rodzeństwa jedynie brat Edmund doczekał się synów, a pozostali i ja także, tylko córek, które wychodząc za mąż, musiały pożegnać się z nazwiskiem rodowym.

   Następna, nie w kolejności wynikającej z wieku, zmarła siostra Feliksa, Szczęsna. W młodych latach gimnazjalnych najbardziej zbliżyła się do mnie. Po ukończeniu wyższych studiów w Krakowie pierwsza dołączyła do mnie w Warszawie. Wzorując się na mnie, a może dlatego, że ułatwiłem jej pracę w wydawnictwach, którymi zarządzałem, obrała niełatwy zawód redaktora, któremu do śmierci pozostała wierna. W wydawnictwach tych podjął pracę także jej mąż, Włodzimierz Ordyński. Po 1945 roku, kiedy wszystko zmieniło się od podstaw, oboje przyjęli pracę w nowo powstałych wydawnictwach. Doczekali się wieku emerytalnego, ale ciągle nękały ich choroby. Najpierw zmarła siostra, a następnie niedługo Włodzimierz. Na cmentarzu wolskim, pochowani we wspólnym grobie, żegnani byli przez dawniejszych i obecnych kolegów redakcyjnych. Żegnała ich jedyna córka Krystyna, która jeszcze za ich życia poślubiła Marcina Piwockiego, podobnie jak ona z wykształcenia i zawodu geologa. Moja dzielna siostrzenica dobrze radzi sobie w życiu i wychowuje dorastającego już syna.

   Boleśnie odczułem śmierć mojego brata Jana. Starszy o dwa lata, był mi bardzo bliski, choć po ojcu miał zainteresowania matematyczno-techniczne, a ja wyłącznie humanistyczne. Jako inżynier hutnik pracował w hutach na Śląsku, po wojnie tylko w biurach projektowych. Ożenił się z dużo od niego starszą Karoliną. Może dlatego, po powrocie z wojny, niezbyt szczęśliwie układało się im życie. Mieszkali w Krakowie przy ul. Siennej w znanym starym budynku ks. Piotra Skargi. Ilekroć byłem w Krakowie, odwiedzałem ich w mieszkaniu o grubych murach i sklepionych podsieniach. Kiedy odwiedziłem ich po moich przeżyciach więziennych czułem, że wszystko powoli zbliża się do końca. Wystawili sobie za życia wspólny grobowiec na cmentarzu Rakowickim. Pierwszą odprowadziliśmy do niego Karolinę. Brat chciał żyć, ale trudno mu było wyrwać się ze szponów choroby nowotworowej. Odwiedzałem go jak mogłem najczęściej, ale w końcu zmogła go choroba.

   Przygnębiony jego odejściem, poszedłem na grób moich rodziców. Znajduje się on w bocznej alei od kaplicy cmentarnej, naprzeciwko zbiorowego grobu powstańców z 1863 roku. Jak zawsze przystanąłem przed nim w zadumie. Dobrze pamiętałem, że po raz pierwszy przyprowadził mnie tu mój ojciec i że jako mały chłopiec śpiewałem wraz z wieloma uczestnikami, w 50 rocznicę powstania pieśń Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej.

   Najmłodsza z nas siostra, Julia, wyprzedziła mnie także w zejściu z tego świata. Była najbardziej pogodna, a jednak z nią najbardziej nielitościwie obszedł się los. Na kilka lat przed 1939 rokiem została żoną Zygmunta Barciszewskiego, lotnika Polskich Linii Lotniczych. Podobnie jak siostra pełen był radości życia. Zamieszkali w Warszawie, tu przyszła na świat ich córka Ewa. Hitlerowska napaść na Polskę zniszczyła ich szczęście rodzinne. Zygmunt odleciał na Zachód, aby na innych frontach służyć Ojczyźnie. Pozostawił żonę, która właśnie spodziewała się drugiego dziecka. W trudnych warunkach okupacyjnych przyszedł na świat mały Zygmuś. Pod ciężarem obowiązków nie ugięła się siostra, powróciła do Krakowa i wraz z najstarszą siostrą, Marią, zorganizowała sobie i dzieciom skromne życie.
   Wojna się skończyła, ale lotnik Zygmunt Barciszewski nie wrócił od razu do kraju. Pozostał w Kanadzie i zwlekał z powrotem. Wiele milionów kilometrów przebył w powietrzu, cało wychodząc także z trudnych rejsów wojennych, a zginął  nieoczekiwanie na ziemi,  w wypadku samochodowym. Boleśnie odczuła to siostra. Choć uleciała z niej już cała radość życia, potrafiła sama zapracować i wychować dzieci. Córka Ewa wyszła za mąż za kpt. Czesława Nowaka, przemiłego, życzliwego wszystkim człowieka.
   Julia doczekała się wnuka i jakby na nowo odżyła. Przeżyć musiała jednak jeszcze raz dramat swej córki, kiedy nieoczekiwanie zmarł nagle kpt. Czesław Nowak. Zastygła wtedy w bólu, jak współczesna Niobe. Na inny sposób przeżywała swój dramat Ewa.

   Siostra do śmierci gospodarzyła dorosłemu już synowi Zygmuntowi. Dopadła ją na koniec nieuleczalna choroba i odeszła z tego świata. Na jej pogrzebie w Krakowie chyba po raz ostatni zobaczyłem  młodszą generację rodzinną. Ze śmiercią siostry ustał mój kontakt z Krakowem, który tak chętnie zawsze odwiedzałem. Wszystko musi mieć swój kres. Jak wzruszająco pisze W. Szekspir:
 Jak fale morskie do skalnego brzegu
Tak do swych kresów biegną chwile nasze.
 

***

   Po odzyskaniu wolności odbudowałem wszystkie dawne przyjaźnie. Powitano mnie z niekłamaną radością i otwartymi ramionami. Kordialnie witał mnie wypróbowany przyjaciel inż. Fred Albrecht. Gdy mnie zabrakło, on i jego żona Wisia nie zapomnieli o moich dzieciach. Wisi nie mogłem okazać wdzięczności za serce, które okazała moim sierotkom. Odeszła wcześnie, jak jej przyjaciółka, moja żona. U boku mojego przyjaciela zastałem drugą jego żonę, która, choć mnie nie znała, powitała jak kogoś bliskiego z rodziny. Moje córki tak były przywiązane do Freda, że dotąd stale nazywają go wujem.

   Przyjaciele, Ewa i Kazimierz Mogilnicki powitali mój powrót do życia, jakby w ogóle nie było długoletniej rozłąki. Łączyło nas niejedno przeżycie z okresu okupacji. Mieliśmy co wspominać znowu na długich rozmowach rodaków. Nie raz jeden znaleźliśmy się "na zakręcie historii", od których to słów rozpoczynał Kaziu zawsze swe słynne przemówienia.
   Gdy mnie zabrakło, przyjaciele nadal spotykali się na sobotnich bridżach. Zostałem zaproszony na te spotkania. Przybył zadomowiony już w Warszawie poznańczyk, Stefan Misiak, a następnie Józef Dackiewicz, ceniony lekarz chirurg. Na naszych spotkaniach mogliśmy się oderwać na pewien czas od otaczającej nas szarej rzeczywistości.

   Nieprzyjazny los doświadczył i to nasze małe kółko. Nieoczekiwanie zmarła na chorobę nowotworową Jolanta Dackiewicz, ceniony lekarz dentysta, niezrównana matka dwóch córek w wieku moich dzieci. W dwa lata po niej odszedł przedwcześnie jej mąż Józef Dackiewicz, wspaniały człowiek, znakomity chirurg, nasz przyjaciel. Potrafił uratować życie wielu pacjentom, a nie potrafił samego siebie.
   Niebawem musieliśmy pożegnać na zawsze drugie przyjacielskie małżeństwo, najpierw Ewę i następnie Kazimierza Mogilnickiego, cenionego inżyniera hutnika, mającego za sobą wiele lat pracy na wysokich stanowiskach w Ministerstwie Hutnictwa. Straciliśmy z Fredem nieocenionego przyjaciela, do końca pełnego werwy i optymizmu życiowego, którego i nam szczodrze udzielał.

   Ja sam wiodłem spokojne, unormowane życie. Pracowity tryb życia, uczucia córek, zięciów i wnuków nie były w stanie zastąpić mi bliskiej towarzyszki życia – żony. Byłem z nią złączony ślubem rzymskim i mimo, że wcześnie odeszła tragicznie, nie chciałem żenić się ponownie. Nie znaczy to, że unikałem towarzystwa kobiet. Moje córki, gdy były jeszcze małe, przy każdej sposobności, bez żadnej potrzeby zaznaczały, że nie życzą sobie macochy, co stwarzało nieraz komiczne sytuacje. Dopiero gdy same powychodziły za mąż zaprzestały tych sztuczek, a może zrozumiały, że można być samotnym nawet mając blisko siebie kochane dzieci.

   Po wielu latach wdowieństwa poznałem osobę, z którą najpierw złączyła mnie przyjaźń, pragnienie przebywania razem, a w rezultacie połączyć musiało, jako naturalna więź małżeństwo. Osobą, która nieoczekiwanie włączyła się w moje poszarpane życie, była koleżanka z pracy, Izabela Bestgen, młodsza o 19 lat. Najpierw zwróciło moją uwagę, że ma imię takie, jak moja córka. Na corocznej zabawie urządzanej przez Wydawnictwa Komunikacji i Łączności nie odstępowałem jej. Zainteresował mnie odcień smutku w jej pięknych rysach. Podtrzymałem zawartą znajomość i w wolnych chwilach spotykaliśmy się na kawie. Właściwie naprawdę wolną miała tylko niedzielę. Zapraszała mnie na niedzielne spacery do Komorowa. Poznałem jej ciotkę, panią Jadwigę, i wuja, Stanisława Raciborskiego. Doszukaliśmy się wspólnych znajomych z lat przedwojennych i z miejsca pozyskałem ich sympatię oraz zaproszenie na rodzinnego bridża. Wolałem jednak dalekie spacery w piękne okolice Komorowa. Prowadziła mnie Iza na nie, fruwając przede mną wśród łąk i lasów sosnowych. Wracałem do Warszawy późnym wieczorem zauroczony zapachami łąk i lasów.

Izabela Bestgen
Izabela Bestgen

   Tak zasmakowaliśmy w nizinnych spacerach, że na odmianę postanowiliśmy najbliższy urlop spędzić na wczasach w Zakopanem. Na szlakach górskich teraz ja objąłem przewodnictwo. Niektóre okazały się dla Izy zbyt meczące, ale dzielnie spisywała się nawet w wysokich partiach gór. Następnego lata wybrał się z nami Feliks Setkowicz, który też nie umiał żyć bez gór. Zamieszkaliśmy w uroczej willi w Bukowinie Tatrzańskiej zaproszeni przez Krysię Tymińską, serdeczną przyjaciółkę Izy.

   Niebawem w naszych planach wycieczkowych znalazły się pogórza Bielska-Białej, gdzie mieszkali rodzice Izy. Wiele już wiedziałem o nich z opowiadań Izy, ale dopiero osobiste ich poznanie pozwoliło mi się przekonać, jak ciekawymi byli ludźmi – matka działaczka niepodległościowa i ojciec legionista w pierwszej brygadzie Piłsudskiego. Ich mieszkanie już samo mówiło wiele o nich. Żyli wśród nagromadzonych pamiątek rodzinnych, pięknych obrazów, starych mebli i staroci, których już nie zobaczy się we współczesnych mieszkaniach. Na środku salonu królował fortepian, nad nim na ścianie duży olejny obraz legionisty Lucjana Bestgena na koniu na tle płonących zabudowań. Na ścianach gęsto obrazy, wśród nich portrety ojca, matki i Izy malowane przez samego Witkacego – Stanisława Ignacego Witkiewicza. Na przeciwległych ścianach dużego pokoju stołowego i zarazem sypialni zawieszono olbrzymie płótna przedstawiające dawne Bielsko. Duży przedpokój i kuchnia z werandą, łazienka i odrębny mniejszy pokój uzupełniały mieszkanie.

   Barwną i ciekawą była droga życiowa Lucjana Bestgena. Z wykształcenia był prawnikiem, ekonomistą. W roku 1914 odbywał obowiązkową służbę wojskową w wojsku austriackim. Jak wielu innych dopiął tego, że znalazł się w legionach. Przeszedł w nich cały szlak bojowy 1 brygady, internowanie, w końcu służbę już w wojsku polskim. Po 1926 roku w stopniu majora przeszedł do służby cywilnej pełniąc odpowiedzialne funkcje m. in. komisarycznego prezydenta Bielska. W czasie drugiej wojny światowej doświadczył zmiennych losów wszystkich oficerów polskich. W 1945 roku powróci do Bielska i osiadł w nim już na stałe.
   Wszechstronnie był utalentowany, pięknie grał na fortepianie, pisał wiersze, a towarzysko urzekał wprost otoczenie. Z zamiłowaniem gromadził książki, zwłaszcza literaturę piękną. Stale bywał w teatrze i pisał recenzje z premier do prasy, nawet gdy przekroczył już 80. rok życia. Był bardzo ruchliwy i żywotny, jednak trochę przytłaczał swe najbliższe otoczenie. Tylko w jego cieniu mogły żyć i rozwijać własne zainteresowania żona i jedyna córka. Gdy poznałem bliżej warunki, w jakich żyła rodzina Lucjana Bestgena przestałem się dziwić, że Iza, mimo całego podziwu dla ojca i przywiązania do matki opuściła dom rodzinny, aby poszukać własnej drogi życiowej. Takie jest naturalne prawo życia, że dzieci opuszczają ojca i matkę, aby założyć własną rodzinę. Bardzo źle wychodzą dzieci, które bez reszty własne życie podporządkowują starym rodzicom, ponieważ po ich odejściu skazani są na całkowitą samotność.
   
   Po śmierci rodziców Iza cała już przylgnęła do mnie, traktując mnie niemal jak ojca. Dla jej zalet osobistych polubiły ją także moje córki, zięciowie i wnuki. Wdzięczni są jej również za to, że swymi opiekuńczymi zainteresowaniami potrafiła wypełnić schyłkowe lata tak nie łatwemu człowiekowi, jak ja.
   Od wielu lat jesteśmy na emeryturze, oboje wzajemnie potrzebni sobie. To takie ważne
u schyłku życia, kiedy więcej żyje się wspomnieniami, aniżeli teraźniejszością, niezbyt łaskawą dla ludzi starych.

P O S Ł O W I E

   Doczekałem się pod koniec życia wielkiej radości i wynikającej z niej nadziei na przyszłość. Kardynał Stefan Wyszyński obwieścił ją w takich słowach:
   Stało się to przez Pana i jest przedziwne w oczach naszych /Ps 117, 23/. Stało się to w obliczu Bogurodzicy Dziewicy, która ongiś wytrwała mężnie pod krzyżem Zbawcy świata, a dziś trwa w misterium Chrystusa i Kościoła, jako Matka. Stało się to w chwili, gdy Jasna Góra rozbrzmiewa dziękczynnymi modłami 600 lecia obecności obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, danej nam jako pomoc ku obronie Narodu naszego, gdy na progu drugiego Tysiąclecia chrztu Polski został powołany przez Boga na tron świętego Piotra w Rzymie Syn Polski zawsze wiernej, Karol kardynał Wojtyła, pasterz Kościoła świętego Stanisława, biskupa i męczennika, arcybiskup metropolita krakowski.

   Było nią także przybycie do Ojczyzny w dniach 2-10 czerwca 1979 roku niestrudzonego pielgrzyma Jana Pawła II. W bazylice Św. Jana Chrzciciela na początku swej wizyty zwrócił się do nas wszystkich z takim miłującym powitaniem:
   Kościół jest w świecie poprzez świeckich. Pragnę więc ogarnąć Was wszystkich, którzy stanowicie ten Kościół. Was ojcowie i matki rodzin, i Was, ludzie samotni, Was, osoby starsze, i Was, młodzieży i dzieci.
   Wszystkich, którzy pracujecie na roli, w przemyśle, w biurach, w szkołach, uczelniach, w szpitalach, w instytucjach kulturalnych, w ministerstwach – wszędzie. Ludzie wszystkich zawodów, którzy poprzez pracę budujecie Polskę współczesną, spuściznę po pokoleniach: spuściznę umiłowaną, spuściznę nie łatwą, zadanie wielkie – nasz polski "wielki zbiorowy obowiązek – Ojczyznę" /C. K. Norwid/.
   Następnie na Placu Zwycięstwa w Warszawie, pod wielkim Krzyżem i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej tak określił naszą wiarę:
   Otóż nie sposób zrozumieć dziejów Narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas – bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego Narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego Narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną – bez Chrystusa.

   W dniu 10 października 1982 roku odbyła się w Rzymie uroczystość kanonizacji, czyli zaliczenia w poczet świętych błogosławionego Maksymiliana Marii Kolbego, w czterdziestolecie jego męczeńskiej śmierci w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, w 10 lat po beatyfikacji. Kult tego świętego naszych czasów rozszerza się ciągle w całym świecie. Oręduje On za sprawą Niepokalanej, aby już nigdy nie powtórzyła się zbrodnia przeciwko ludzkości. Raduję się, że miałem szczęście znać Ojca Maksymiliana, jako wydawcę pism w Niepokalanowie. Od niego nauczyłem się wiary w ostateczne zwycięstwo za sprawą Matki Bożej, w co głęboko wierzył kardynał August Hlond, kardynał Stefan Wyszyński i wierzy kardynał Józef Glemp.

   W czasie drugiej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II w dniu 18 czerwca 1983 roku w czasie Mszy Św. na wałach Jasnej Góry pobłogosławił las wyciągniętych w górę krzyży i powiedział:
   W tym Krzyżu będzie wasza mądrość i wasza siła przez Maryję Jasnogórską.
 
   W przemówieniu w czasie jasnogórskiego apelu zapewnił nas:
   Wobec naszej wspólnej Matki i Królowej serc, pragnę Wam na koniec powiedzieć, że wiem o waszych cierpieniach, o waszej trudnej młodości, o poczuciu krzywdy i poniżenia, o jakże często odczuwanym braku perspektyw na przyszłość – może o pokusach ucieczki w jakiś inny świat.
   Matko Jasnogórska, która dana nam jesteś przez Opatrzność ku obronie narodu polskiego, przyjmij dzisiejszego wieczoru ten apel Polskiej Młodzieży wespół z papieżem Polakiem – i pomóż nam trwać w nadziei!

Adam Grabowski
Adam Grabowski niedługo przed śmiercią


***


Od wydawcy

Redaktor Adam Grabowski zmarł w niecały rok po napisaniu tych wspomnień, 30 marca 1986 roku. Został pochowany na Powązkach w Warszawie.


Odcinek poprzedni