Pamiętnik redaktora, cz. 3 - Strona 3

Spis treści
Pamiętnik redaktora, cz. 3
Page 2
Page 3
Wszystkie strony


   Pomysł mojego obrotnego kolegi był niewątpliwie dobry i nie namyślałem się długo. Na zakup konia i wozu poszedł złoty zegarek żony i wszystkie pieniądze, jakimi dysponowaliśmy. Naszym zamiarom sprzyjało zaświadczenie Wydziału Ewidencji Ludności Zarządu Miejskiego w Warszawie z dnia 23 maja 1941 roku, jaki przysłano mi przed kilku dniami. Stwierdzało ono, że "Grabowski Adam, ur. 6. 11. 1902 r., jego żona Helena Wiktoria, z domu Brzęczkowska, ur. 10. 03. 1910 r., i ich dzieci: Izabela Teresa, ur. 16. 09. 1934 r., i Elżbieta, ur. 28. 06. 1938 r., wszyscy wyznania rzymsko-katolickiego, figurują w rejestrze mieszkańców miasta Warszawy od 4. 09. 1931 r., a ostatnio zameldowani są przy ul. Smolnej 16, m. 10. Odnośnie przyjazdu Adama Grabowskiego wraz z rodziną ze strony Zarządu Miejskiego nie ma przeszkód". Zaświadczenie to, napisane także w języku niemieckim, okazało się wystarczające dla patroli, jakie legitymowały nas w drodze powrotnej do Warszawy.
   Następnego dnia rankiem zajechał Staś Mierzeński przed nasz domek wozem z rosłym koniem, ale nie pierwszej już młodości. Wóz był obficie wymoszczony sianem i furażem dla konia. Szybko załadowaliśmy nasz skromny dobytek, pościel i koce przydały się na siedzenie dla żony i dzieci, dla nas furmanów była tylko wąska deseczka na przodzie wozu. Nie zapomnieliśmy o wyżywieniu na długą drogę. Jadąc powoli patrzyliśmy na oddalające się Wilno, które długo później wspominaliśmy. Za miastem minęły nas auta ciężarowe załadowane Żydami, później słyszeliśmy z pobliskich lasów salwy egzekucyjne. Posmutnieliśmy wobec tego dramatu ludzi, których jedyną winą było to, że urodzili się Żydami. Następnego dnia zobaczyliśmy rzecz równie nieludzką. W głębokich rowach tkwili żołnierze radzieccy, zapewne jeńcy, i umierali stojąc pod gołym niebem.
   W ciągu tego i następnych dni nie widzieliśmy żywej duszy w domostwach położonych przy drodze. W jednym zatrzymaliśmy się na noc i rozpalili ogień. Dopiero wtedy pojawił się mały chłopiec, a za nim cała rodzina. Wkoło widać było porzucony sprzęt wojenny świadczący o walce, jaka miała tu miejsce. Obecnie było już spokojnie. Do mojej małej gromadki powiedziałem, że zbrodnie przeciw ludzkości, jakie widzieliśmy na własne oczy, nie mogą być zapomniane i musi nadejść chwila, kiedy zostaną osądzone, wołają one o pomstę do samych niebios.

   Dojechaliśmy do Wołkowyska, w którym zatrzymaliśmy się jadąc autem w stronę Wilna. Wtedy był przepełniony, teraz niemal wyludniony. Lepiej było kolejno w Białymstoku, Zambrowie i Ostrowie Mazowieckim, gdzie można już było nawet coś kupić do jedzenia. Nie widać było tylko obecności Żydów, tak licznych dawniej. Dłużyła nam się jazda, koń nie chciał, a właściwie nie mógł ciągnąć szybciej. W lasach wzdłuż drogi zbieraliśmy grzyby i jagody. Dopiero szóstego dnia od wyjazdu minęliśmy Wyszków i nie niepokojeni przez nikogo, dotarliśmy do Warszawy. Zajechałem furką na ul. Smolną, pod dom, na miejsce, skąd autem wyjechałem z Warszawy. Jak za dobrych czasów witał nas stary dozorca Jan Wiśniewski, dozorca, jakiego już nie uświadczy obecnie w całym mieście.
   W mieszkaniu zastaliśmy Jankę Brzęczkowską, siostrę żony oraz sublokatorkę, panią Menclową, z córką w wieku mojej starszej córki. Wybraliśmy dla siebie, nie jak dawniej pokoje frontowe, ale bardziej zaciszne, z widokiem na skarpę wiślaną. Z ciekawością rozglądaliśmy się po wszystkich zakątkach mieszkania. Żona otwierała szafy i na nowo cieszyła się ich zawartością. Mnie także zachowały się ubrania. Mogłem wreszcie zrzucić wyświechtane rzeczy, w jakich przyjechałem. Po długim okresie wygnania sen we własnym łóżku był naprawdę kojący. Gdy rankiem otworzyłem oczy, nie chciałem wierzyć, że wszystko, co przeżyliśmy, działo się naprawdę.


16. W okupowanej Warszawie

   Musiałem na nowo poznać styl życia w okupowanej Warszawie i sposób zachowania się w niej. Moja szwagierka, która przed 1 września pracowała w administracji Czasu, poinformowała mnie, jaka jest sytuacja na ul. Szpitalnej 12, gdzie mieściła się drukarnia i wszystkie redakcje. Zakłady drukarskie w ograniczonym zakresie pracowały dalej, ale pod zarządem i dla potrzeb okupanta. Dawny dyrektor Stefan Sobolewski, zmobilizowany jako porucznik rezerwy, niestety zginął w walce z Niemcami. Był znakomitym fachowcem i wspaniałym człowiekiem i szczerze go żałowałem, tym bardziej, że pozostawił żonę i małą córeczkę, o które zawsze się troszczył.
   Wszystkie wydawnictwa i redakcje pism zostały zlikwidowane. Dawnym pracownikom redakcji i administracji Czasu udało się jednak urządzić w lokalu frontowym przy ul. Szpitalnej 12 kawiarenkę pod nazwą "Kącik". Do niej skierowałem moje pierwsze kroki i spotkałem w niej po kolei wielu dawniejszych kolegów i koleżanek. Przede wszystkim Jana Moszyńskiego, naczelnego redaktora Czasu, który szczegółowo wprowadził mnie w sytuację w kraju i za granicą, jaka kształtowała się pod przemożnym wpływem dopiero co rozpoczętej wojny Niemiec hitlerowskich ze Związkiem Radzieckim i skutków, jakie stąd wynikać mogą dla okupowanej Polski. W "Kąciku" spotkałem moją siostrę Felicję i jej męża Włodzimierza Ordyńskiego, którzy poinformowali mnie o sytuacji rodzinnej w Krakowie, następnie Kazię Natansonową, żonę Wojciecha, Teofila Sygę i nieodłączną z nim Haneczkę, Stanisława Wyrobisza, Grzegorza Załęskiego i wielu innych. Wszyscy wtajemniczali mnie, czym się zajmują. Zobaczyłem po raz pierwszy konspiracyjne gazetki podziemne, wydawane przez nieznane mi, nowo powstałe organizacje. Dziwiłem się, że jest ich tak wiele. Grzegorz Załęski, nie bez dumy pokazywał mi odbitki fraszek, kpiących z hitlerowców i ich karykatury. Gazetki kolportowano w sposób dosyć lekkomyślny, mając na względzie gestapo, które je tropiło. Wiele koleżanek i kolegów zapłaciło za swą działalność konspiracyjną dostaniem się najpierw na przesłuchiwania do osławionego gestapo na ul. Szucha, więzienia na Pawiaku i na koniec do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, obozu ostatecznej zagłady.

   Po kilku dniach uzyskałem bezpośredni kontakt z departamentem informacji i prasy w Delegaturze Rządu na Kraj. Kierował nim nie kto inny, a dobrze mi znany ze Związku Wydawców Dzienników i Czasopism R. P., Stanisław Kauzik, pseudonim "Dołęga". Radzi byliśmy obaj z ponownego spotkania. Miałem niejakie wyrzuty sumienia, że z przyczyn ode mnie niezależnych, stosunkowo późno zgłaszam się do pracy. Złożyłem mu relację z okrutnego postępowania hitlerowców z Żydami w Wilnie. Z miejsca powierzył mi zadanie gromadzenia i porządkowania materiałów o zbrodniach hitlerowców na Żydach w Warszawie. Zbierane były przez delegaturę w tak zwaną "Szarą księgę", która na bieżąco przekazywana była za granicę, aby cały świat mógł się dowiedzieć o ogromie zbrodni hitlerowskich na Żydach.
   Otrzymałem legitymację, wydaną przez Związek Spółdzielczy "Społem", potwierdzoną przez Arbeitsamt Warschau i pieczątkę ze swastyką. Mogłem z nią zapuścić się nawet do warszawskiego getta i na własne oczy zobaczyć sytuację Żydów. Łączniczki dostarczały mi do domu zebrane raporty i opisy zbrodni dokonywanych na Żydach. Należało je odpowiednio usystematyzować. Nikogo, nawet własnej żony, nie mogłem wtajemniczać w moją nową pracę. Wykorzystałem na nią oddzielny pokój, w którym leżała moja córka Iza, po stwierdzeniu przez lekarza objawów choroby zakaźnej. Na drzwiach pokoju wywieszona została odpowiednia kartka, podpisana przez lekarza. Dziwiła się mojemu poświęceniu dla córki żona, ale w pokoju chorej mogłem spokojnie grzebać się w dostarczonych mi materiałach i pracować. Z tej pracy nie bardzo była zadowolona chora córka, która narzekała, że "ciągle siedzę, słowa nie mówię i tylko piszę, piszę".

    Nie było to jedyne zadanie, jakie powierzył mi Dołęga. Zacząłem redagować na użytek wewnętrzny Delegatury Rządu na Kraj biuletyn pt. Przegląd Gospodarczy, a następnie także Przyszłość Gospodarczą. Były to wydawnictwa konspiracyjne, w których zamieszczałem wyłącznie materiały i dokumenty, świadczące o eksploatowaniu kraju przez okupanta ze wszystkich dóbr i wyzysku polskiego świata pracy. Materiały z tego zakresu przygotowywał współpracujący ze mną Wacław Jastrzębowski. Już jako profesor ekonomii opublikował część tych materiałów w książce pt. Gospodarka niemiecka w Polsce 1939 – 1944, wydanej przez Spółdzielnię Wydawniczą "Czytelnik" w 1946 roku. Moja przydatność z wojskowego punktu widzenia niewiele była warta, toteż jak Wacław Jastrzębowski nie ćwiczyłem w AK. Z tym większym zaangażowaniem starałem się walczyć orężem, jakim w walce z wrogiem narodu polskiego okazało się słowo pisane i drukowane. Po dłuższej przerwie mogłem znowu pisać. Z Dołęgą i innymi szefami Delegatury, jak np. z prof. Ocioszyńskim miałem kontakt głównie przez łączniczki. Jedną z nich, którą szczególnie ceniłem, była siostra żony Stanisława Kauzika.
    Nieoczekiwanie na moją głowę spadło zaopiekowanie się archiwum i pokaźną biblioteką Związku Wydawców Dzienników i Czasopism. Zwrócił się z tym do mnie Stefan Krzywoszewski, prezes Zarządu tego Związku, a polecił Stanislaw Kauzik. Nie poradziłbym sobie z zabezpieczeniem wielu skrzyń z książkami, gdyby nie uczynna pomoc dozorcy mojego domu i małżeństwa Strzeblewskich, które zgodziło się na pomieszczenie księgozbioru w ich lokalu sklepowym w suterenie domu, w którym zamieszkiwałem.

    Nie tylko ja sam działałem konspiracyjnie w kamienicy przy ul. Smolnej 16. Mieszkający na piątym piętrze pan Rutkowski pracował dla innego departamentu delegatury, na trzecim piętrze, w mieszkaniu pani Melatowej, ukrywał się dawny oficer Wojska Polskiego, obecnie Armii Krajowej. W mieszkaniu przedwojennego komunisty, Szymona Szałka, działali AL-owcy. Jeśli do końca okupacji nie zdarzyło się nikomu nic złego, zasługa to dozorcy domu, Jana Wiśniewskiego i całej jego rodziny. Wspominam o tym, aby podkreślić ich ofiarność i poświęcenie także w innych domach Warszawy. Dbali także o święte obrazki w sieniach domów i o kapliczki na podwórzach.

    Okupowana Warszawa coraz częściej wstrząsana była łapankami na ulicach i wywózką na roboty przymusowe do Niemiec oraz szczególnie bolesnymi egzekucjami ulicznymi aresztowanych zakładników. Ryzykowali wszyscy, zarówno ci, co znajdowali się na ulicach miasta, jak i ci, co starali się ukrywać w domach. W czasie nocy obowiązywała godzina policyjna, w mieszkaniach zaś wyłączane było światło elektryczne. Ale poza dokładnie zasłoniętymi oknami paliły się karbidówki lub świece i działała konspiracyjna praca: kursy nauczania wojskowego, zawodowego i oświatowego. Także ja nocą wymykałem się z sypialni i w małej komórce bez okna, przygotowywałem materiały, po które za dnia przychodziła łączniczka i zanosiła do wyznaczonego punktu.
   Tak było niemal każdego dnia i każdej nocy. Opuszczałem mieszkanie wtedy, kiedy miałem się zetknąć z tymi, którym wyznaczałem pracę w naszych konspiracyjnych lokalach. Wiązało się to z ryzykiem, że w lokalu takim, wcześniej opanowanym przez gestapo, działała łapanka na wszystkich, którzy przychodzili i dostawali się na straszliwe przesłuchiwania i kaźń przy ul. Szucha oraz na Pawiaku. Dwukrotnie udało mi się umknąć sprzed opanowanego lokalu, raz przy ul. Chmielnej, drugi na Powiślu, gdy przebywałem w naszej zakonspirowanej drukarni. Gestapowcy otoczyli dom, ale dzięki akcji ochraniającej kolegów z AK udało mi się nocą ratować ucieczką. Na tyłach domu, skoczyłem z balkonu podczas strzelaniny i wybuchu granatów ręcznych i zniknąłem szczęśliwie w ciemnych ogrodach.
   Wszyscy działający w konspiracji szczególnie boleśnie przeżyliśmy aresztowanie generała Grota-Roweckiego, jak się okazało w wyniku zdrady. Mnożyły się niestety wpadki i aresztowania. Niespodzianie, z rana po otwarciu lokalu zjawiło się gestapo także w naszej kawiarence "Kącik" przy ul. Szpitalnej 12. W wyniku przeprowadzonej obławy aresztowani zostali m. in. Jan Moszyński, ostatni naczelny redaktor Czasu oraz moja szwagierka, Janina Brzęczkowska. Oboje zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Tam Jan Moszyński został stracony, natomiast mojej szwagierce udało się przeżyć wszystkie okropności obozowe i doczekać się wyzwolenia.
    Rozproszyć się musiała nasza grupa konspiracyjna, którą do pewnego stopnia jednoczył "Kącik". Wszyscy, którzy ocaleli z tego pogromu, podjęli nadal swoją konspiracyjną działalność. Jak złowieszcze memento przed powstaniem warszawskim, rozpoczęło się, sprowokowane przez Niemców, powstanie w getcie warszawskim ludzi doprowadzonych do tego rozpaczliwego kroku. Zapamiętałem na zawsze ów słoneczny dzień – wychodziłem właśnie z kościoła Św. Anny na Krakowskim Przedmieściu, po obejrzeniu Grobu Pańskiego, w okupację zawsze tak symbolicznego. Widać było gęste, czarne dymy unoszące się nad Nalewkami, starą dzielnicą żydowską. Słychać było odgłosy walki, a raczej masowej egzekucji ludzi nieludzko już umęczonych, walki bez wszelkiej nadziei i pomocy.
   Zbrodnia dokonana w getcie długo nie pozwalała nam, jeszcze żyjącym, na spokojniejszy sen, ponieważ o spokojnym dawno zapomnieliśmy. Przez kilka następnych dni trwało w Warszawie wielkie poruszenie, które spowodowały małe dzieci żydowskie, którym jakimś cudem udało się uciec z płonącego getta. Pobladłe dzieci, o twarzyczkach nad wiek dojrzałych, pukały cichutko do drzwi kuchennych mieszkań polskich, aby dostać pożywienie, a nieraz i znaleźć opiekuńcze schronienie.

   Mimo tylu przerażających rzeczy, życie w okupowanej Warszawie toczyło się dalej. Stawało się jednak coraz bardziej jasne, że stan taki nie jest do utrzymania na dłuższą metę. Sytuacja Niemców na wszystkich frontach stawała się coraz trudniejsza. Po klęsce stalingradzkiej na froncie wschodnim musieli się ciągle cofać. Napisy "Hitler kaput" coraz częściej widziało się na murach Warszawy. Aby mieć większą swobodę w pracy konspiracyjnej, wyprawiłem żonę z dziećmi do Świdra, a potem na letnisko do Zalesia Górnego. Stale dojeżdżałem do nich na sobotę i niedzielę ciesząc się, że im lepiej i zaciszniej, aniżeli w Warszawie.
   Zbliżało się do Polski natarcie wojsk radzieckich i powstałego na Wschodzie wojska polskiego. Po ciężkich walkach dotarły do prawobrzeżnej Warszawy, Pragi. Wojska niemieckie zmuszone były ją opuścić po wysadzeniu mostów na Wiśle. Na lewym brzegu Wisły żyliśmy już myślą o rychłym wyzwoleniu z okupacji hitlerowskiej. Najwidoczniej szykowało się powstanie oddziałów AK, grupujących się już w poszczególnych miejscach Warszawy. Czołgi niemieckie wycofywały się również z prawobrzeżnej Warszawy, do ewakuacji przygotowana była administracja niemiecka. Ustały nasze prace konspiracyjne, przestały odwiedzać mnie nasze łączniczki i wszystko podporządkowane zostało walce, która niebawem miała się rozpocząć. Nikt nie znał terminu rozpoczęcia, jeden został odwołany, ale już było pewne, że nie uda się długo utrzymać w stanie gotowości bojowej oddziałów AK zgrupowanych już w domach Warszawy.

   Zastanawiałem się, czy nie należy ściągnąć mojej rodziny z letniska, w każdym razie należy do nich pojechać. Rankiem 1 sierpnia 1944 roku jechałem kolejką do Piaseczna i kiedy witałem się z moją rodziną w Zalesiu Górnym, właśnie rozpoczęło się powstanie warszawskie. Czy powinno się rozpocząć w tym terminie i czy decydujący o terminie godziny X nie popełnili błędu? Wobec rozbieżności na ten temat, które powstały później, ja osobiście  uważam, że powstanie warszawskie rozpoczęło się właściwie samorzutnie. Nie było siły, aby powstrzymać przygotowanych do niego żołnierzy AK. Oczywiście, to jakieś fatum dziejowe i brak pomocy ze strony sojuszników spowodowały, że właśnie ci młodzi z AK zapłacili najwyższą cenę życia, że stolica legła w gruzach, a ludność cywilna została wygnana z wypalonych domów.
    Ze ściśniętym sercem, spoza Warszawy, patrzyłem na przebieg tego najbardziej tragicznego powstania narodowego, które trwało dokładnie 64 dni. Dochodziły do mnie odgłosy spadających bomb, widziałem coraz bardziej wzmagające się pożary i dymy. Niektórzy, którym udało się wydostać z objętej walką Warszawy, mówili o niezwykłym bohaterstwie walczących oddziałów AK, ale i okrucieństwie wojsk niemieckich wobec bezbronnej ludności cywilnej. Wybrane cele razili Niemcy nawet z Piaseczna, z osadzonego na torach kolejowych najcięższego działa. Były to tzw. "szafy", które w śródmieściu, opanowanym przez powstańców czyniły straszliwe spustoszenia.
    Postanowiłem przedostać się do miasta, na ul. Smolną, do mieszkania, w którym pozostała tylko sublokatorka, pani Mencel. Wybrałem się okrężną drogą przez Wilanów i spotkałem łącznika, od którego dowiedziałem się, że Delegatura Rządu na Kraj ewakuowana została do Podkowy Leśnej oraz że tam następuje zgrupowanie tych, co zaangażowani byli w walce cywilnej. Dowiedziałem się także, że na Powiślu toczą się ciężkie walki i nie uda się tędy przedostać do Śródmieścia. Wobec tego powróciłem do Zalesia Górnego i już do końca obserwowałem dramat konającego miasta. Codziennie rozmawiałem z tymi, którzy wydostali się z miasta i na koniec z tymi, których kierowano do przejściowego obozu w Pruszkowie. Wiedziałem od naocznych świadków o tragicznym przebiegu powstania, rzezi na Woli, walkach na Starówce, zburzeniu katedry Św. Jana, o ewakuacji kanałami do Śródmieścia, o próbie przedostania się przez Wisłę oddziałów polskich generała Berlinga oraz zbrodniach niemieckich na Ochocie i Zieleniaku. Notowałem z obowiązku te straszliwe relacje i dowody zbrodni niemieckich. Przekazałem je później z innymi materiałami powstałej po zakończeniu II wojny światowej Komisji do Badania Zbrodni Hitlerowskich.

   Po kapitulacji oddziałów AK i wypędzeniu ludności z ruin stolicy, ogarnęło wszystkich desperackie przygnębienie. Niemcy nadal niszczyli i podpalali domy, które się ostały. Na domiar nieszczęść, które dotknęły wszystkich, spotkało mnie jeszcze osobiste najgorsze nieszczęście. Dnia 14 października 1944 roku, w piękny jesienny ranek wśród drzew sosnowych w Zalesiu Górnym, na gazonie przed domem bawiły się dzieci, a ja z żoną w milczeniu, jak teraz bywało, porządkowaliśmy pokój. Nagle do uszu naszych doszedł potężniejący odgłos pikującego samolotu. Pojawiały się one ostatnio od strony Warki i dokonywały obserwacji, a także bombardowania wybranych celów. Niespokojna o dzieci pierwsza wybiegła z willi żona, a ja za nią. W drzwiach zatrzymał mnie potężny podmuch od zrzuconej bomby, pobiegłem dalej i u wejścia do prowizorycznego schronu ziemnego zobaczyłem leżącą na ziemi żonę. Podniosłem ją krwawiącą, ale półprzytomna umierała na moich rękach. Miała urwaną nogę powyżej kolana i inne odłamki bomby w ciele. Nadbiegli z noszami sanitariusze  z oddziałów wojsk węgierskich, które niedaleko stacjonowały. Próbowali opatrzyć straszliwe rany, ale nic już nie mogło przywrócić żonie życia. Za chwilę pojawił się węgierski kapelan wojskowy i udzielił żonie, jak żołnierzowi, ostatniego namaszczenia. Zwracając się do mnie powiedział, że bomba, od której zginęła żona, była przeznaczona dla nich. 

   Nie mogłem pogodzić się z tym, co się stało. Tylko asystowałem, gdy mieszkający w tej samej willi przyjaciele, Ewa i Kazimierz Mogilniccy przywieźli trumnę i zajęli się pogrzebem. Początkowo nie dostrzegałem nawet dzieci, którymi zajęli się starzy przyjaciele Wisia i Fred Albrecht, którzy mieszkali niedaleko w Głoskowie. Ubrałem żonę w sukienkę w kwiaty, sam ułożyłem w trumnie i otoczyłem wkoło jesiennymi astrami. Czuwałem całą noc przy trumnie ustawionej na stole, w opustoszałym pokoju. W migotliwym świetle świecy wpatrywałem się w nagle pożółkłą twarz. Wszystko płakało we mnie, ale z oczu nie mogła się wydostać ani jedna łza, że straciłem na zawsze kochaną żonę i matkę dwojga małych dzieci.
   Nazajutrz odbył się pogrzeb. Tępo patrzyłem na wysoko ustawioną  na katafalku trumnę żony w kościele parafialnym w Jazgarzewie. Nie mogłem się zdobyć nawet na modlitwę, słyszałem tylko, jak organista snuł na organach smętne melodie Griega, które tak lubiła żona. To na pewno spowodował poczciwy Fred. Prowadząc obie córki za ręce szedłem za trumną na miejscowy cmentarz. Po egzekwiach rzuciliśmy grudki ziemi i pozostawiliśmy w niej tę, która była dla nas całą radością.

   Po pogrzebie nie chciałem wracać do mieszkania w Zalesiu i znalazłem się w Głoskowie w domu przyjaciół, którzy już wcześniej zabrali moje wylęknione dzieci. U nich zamieszkałem, zajmowałem się dziećmi, nawet czasem coś mówiłem, ale jak ktoś nie z tego świata. Oprzytomniałem dopiero na Święta Bożego Narodzenia, pierwsze bez matki. W dzień wigilijny poszedłem z dziećmi na odległy cmentarz w Jazgarzewie. Było mroźno i nie mogliśmy wetknąć świeczek w zmarzniętą ziemię grobu.


Zdjęcia z archiwum rodzinnego

Zobacz też poprzednie odcinki:
Część I
Część II


Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy

 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl