Pamiętnik redaktora, cz. 3 - Strona 2

Spis treści
Pamiętnik redaktora, cz. 3
Page 2
Page 3
Wszystkie strony


   Nocą nie było alarmów lotniczych, ale dniem nękały naloty. Pierwszą czynnością, o którą zadbała żona po przywiezieniu dzieci, był chrzest drugiej córki w kościele parafialnym Św. Krzyża. W warunkach wojny, jakże był odmienny od chrztu pierwszej córki, w kościele Św. Bonifacego. Mała otrzymała na chrzcie imię Elżbieta, ojcem chrzestnym został przypadkowo upolowany Zdzisław Zdanowicz, a matką chrzestną przyjaciółka żony, Wisia Albrecht.
    W dzienniku podawaliśmy wiadomości o odpartych atakach na Westerplatte, uderzeniu naszej kawalerii na Prusy Wschodnie, wzięciu jeńców w bojach na południu, ale i ataku niemieckich sił pancernych w kierunku stolicy z południa, zachodu i północy. W Warszawie podniosła na duchu wiadomość o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Anglię. Pod ambasadą angielską zebrały się tłumy warszawiaków, ale na przyłączenie się Francji do wojny trzeba było jeszcze czekać. Nasi sprzymierzeńcy nie udzielili nam po napaści hitlerowców żadnej pomocy, ale krzepiącą była wiadomość, że nie pozostaliśmy sami jak Czechosłowacja i od napaści na nas będzie się liczyła druga wojna światowa.
   Na konferencji prasowej w Prezydium Rady Ministrów poinformowano prasę, że Prezydent i Rząd opuścili Warszawę i nakazali podległym urzędom ewakuację na Wschód, gdzie dokona się przegrupowanie sił, celem stawienia oporu Niemcom. Wiadomość o tym, że Warszawa nie będzie broniona, wywołała najpierw konsternację, a następnie panikę. Niektórzy wprost z konferencji biegli do domów, aby tylko zdążyć do pociągów ewakuacyjnych. Co gorsza nawet ci, którzy nie myśleli i nie mieli powodu do opuszczenia miejsca stałego zamieszkania, zaczęli przygotowywać się do podróży w nieznane. Zapytywali mnie pracownicy redakcyjni i drukarniani, jak mają zabezpieczyć własne rodziny. Jak mogłem odradzałem opuszczanie własnych domostw? Jednak znaleźli się tacy, co nawet pieszo ze skromnym dobytkiem na ręcznym wózku lub rowerze, opuszczali miasto. Dopiero zdecydowane wystąpienie prezydenta miasta, Stefana Starzyńskiego, że pozostaje w Warszawie oraz że stolica będzie się bronić, powstrzymało panikę i uspokoiło nieco wszystkich.
   Starałem się nie dopuścić do dezorganizacji placówek, którymi kierowałem. Oczywiście musiałem ograniczyć nakład i objętość pisma, ponieważ posiadany zapas papieru nie na długo mógł wystarczyć. Miałem ciągłe narady, a gdy wracałem późno, skarżyła się żona, że nie ma już sił ciągle z dziećmi schodzić do schronu z czwartego piętra, a alarmy lotnicze stawały się coraz częstsze. W końcu załamała się żona i prosiła, abym wywiózł ją z miasta gdziekolwiek z dziećmi, gdzie nie byłoby potrzeby ciągle zbiegać do schronu.

   Przypomniałem sobie zaproszenie mojego kolegi biurowego, Janusza Łosia, do jego małej posiadłości na południe od Lublina. Trudno mi było podjąć decyzję odwiezienia żony i dzieci, a samemu powrócić do Warszawy, ale nie było innego rozwiązania. Dnia 7 września 1939 roku umieściłem w aucie: żonę, dzieci, wychowawczynię i na dodatek jeszcze brata żony, Stasia. Walizki z pościelą i rzeczami poszły na dach samochodu. W mieszkaniu pozostała tylko siostra żony, Janina. Opuszczałem Warszawę łudząc się, że następnego dnia zdążę do niej powrócić. Zamiast następnego dnia wróciłem do Warszawy dopiero po blisko dwóch latach. Losem mojej rodziny kierowały już odtąd wydarzenia, na które nie mieliśmy żadnego wpływu.

   Noc była ciemna, ale ciepła. Ze Smolnej jechałem przez most Poniatowskiego ze zgaszonymi światłami. Droga na Lublin była już zamknięta, a droga na Brześć nad Bugiem, tuż za parkiem Skaryszewskim, zatłoczona. Zatrzymał nas zator aut, wozów konnych, wózków ręcznych. Masa pojazdów, co ruszyła do przodu, to znowu utykała. Minęła godzina, a jeszcze nie wyjechaliśmy z Warszawy. Nie było mowy o wyminięciu, a gdybyśmy chcieli zawrócić z drogi, też nie było to możliwe. Rozluźniło się dopiero, kiedy zaczęło szarzeć i można było jechać. Minąłem Siedlce, które były bombardowane, dojechałem do Białej Podlaskiej, gdzie na lotnisku jeszcze dymiło się po bombardowaniu. Także nas, jadących drogą, dopadły samoloty niemieckie, które z niskiego lotu ostrzeliwały. Dwukrotnie uciekaliśmy w pobliskie kartofliska. Zobaczyliśmy pierwszych zabitych i rannych.
   Bezpośrednio zagrożeni i nieludzko zmęczeni dojechaliśmy do zatłoczonego Brześcia. Wyszedłem z auta i wśród stojących ciężarówek dostrzegłem inż. Kazimierza Drużyckiego, bliskiego krewnego mojej żony. Był jednym z tych, których ewakuowano wraz z urządzeniami fabrycznymi, ale niczego się od niego nie mogłem dowiedzieć. Spotkałem dobrze mi znanego oficera lotnika. Słuchał mnie z twarzą zmęczoną i zawziętą. Powiedział, że jest rozpaczliwie ciężko i nic nie wskazuje, aby mogło się coś zmienić na lepsze. Jeszcze dzisiaj odlatuje do Rumunii, a później do Francji. Polskie lotnictwo już tylko za granicą może się zreorganizować, aby walczyć dalej.

   Nie myślałem już o tym, jak w istniejącej sytuacji uda mi się powrócić do Warszawy. Raczej o tym, gdzie zawieść moją rodzinę z niespokojnego i bombardowanego Brześcia. Przypomniałem sobie o Iwacewiczach, majątku dobrze mi znanego Antoniego Jundziłła. Tam powinno być spokojnie i może zechce na jakiś czas przygarnąć moją rodzinę. Powróciłem do auta, w którym drzemała moja rodzina i postanowiłem, że jedziemy dalej z niegościnnego Brześcia. Zapas benzyny miałem mocno nadwerężony nieekonomiczną jazdą nocną. Stacja benzynowa w Brześciu sprzedawała benzynę tylko na podstawie specjalnego zezwolenia starosty i wielu już drugi dzień czekało na zakup 10 litrów benzyny. Zakupiłem tylko, na wszelki wypadek, kilka butelek spirytusu denaturowanego. W Kobryniu żona miała więcej szczęścia i po godzinnym oblężeniu miejscowego starosty, uzyskała kartkę na 10 litrów benzyny, tak potrzebnej do dalszej jazdy.
   Mimo zmęczenia nie poddawałem się rozpaczliwym myślom. Przecież główne siły lądowe Polski jeszcze nie weszły do walki, czyli armia pod dowództwem generała Bortnowskiego na Pomorzu i armia generała Kutrzeby w Poznańskiem, broni się Westerplatte, wiedziałem, że będzie się bronić Warszawa. Z takimi myślami wjechałem pod wieczór w bramę domu w Iwacewicach. Wyszedł mi na spotkanie Antoni Jundziłł dopytując się o najnowsze wiadomości z Warszawy. Niewiele mogłem mu powiedzieć ponad to, że jesteśmy bardzo zmęczeni i nie wiemy, gdzie się podziać. Zapraszał tylko na kolację. Skorzystałem z niej, aby dokładniej omówić, gdzie mogę ulokować rodzinę. Polecił nas opiece swego administratora, a ten okazał się człowiekiem rozumiejącym sytuację uciekinierów z Warszawy. Dla wszystkich znalazły się wygodne łóżka i po ciepłym posiłku mogliśmy odespać koszmarną dobę jazdy.

14. Na dobrowolnym wygnaniu

   Nieoczekiwanie znalazłem się z rodziną na dobrowolnym wygnaniu w Iwacewiczach. Nie długo jednak zaznaliśmy spokoju i tu niebawem dosięgła nas wojna. Przybyłem z żoną na miejscowy dworzec kolejowy, kiedy nadleciały bombowce niemieckie i rzuciły bomby na tory. W wyniku nalotów dezorganizacja zaczęła ogarniać także Kresy Wschodnie. Żałowałem, że lekkomyślnie opuściłem mieszkanie w Warszawie i naraziłem rodzinę na niepewny los uciekinierów. Dokuczała mi bezradność i bezczynność, która nagle mnie spotkała.
   Błąkałem się bez celu po Iwacewiczach. Po kilku dniach spokojnych od nalotów, nagle na rozsłonecznionym niebie pojawił się samolot pikujący na rozlegle pastwisko, na którym pasło się stado rasowych krów. Grzechot karabinu maszynowego i dwie krowy, brocząc krwią, nie mogły się dźwignąć za rozpierzchłym stadem. Wieczorem na stacji kolejowej zatrzymał się pociąg z rannymi. Oddał jednego żołnierza zmarłego z ran i powoli ruszył dalej. Z kilku przygodnymi zająłem się pogrzebem tego nieznanego żołnierza, kopiąc grób na miejscowym cmentarzu, zadawałem sam sobie pytanie, komu była potrzebną śmierć człowieka, o którego może niepokoi się matka, albo żona i dzieci. Przygnębiony powróciłem do swojej rodziny i ku zdumieniu zobaczyłem, że moje dzieci bawią się beztrosko z innymi dziećmi.

   Następnego dnia lotem błyskawicy rozeszła się wieść, że wojska radzieckie przekroczyły granicę i spieszą na pomoc walczącej Polsce. Wiadomość o przekroczeniu granicy przez wojska radzieckie była prawdziwa, ale nie o pomoc Polsce tu chodziło, a o realizację zawartego wcześniej układu Ribentropp – Mołotow, w wyniku którego sąsiadujące z nami potęgi, jeszcze raz w historii, podzieliły się naszym terytorium. Zbliżał się do końca ostatni akt naszego wrześniowego dramatu. Nielitościwy los zagnał nas właśnie tutaj, gdzie źle się czuli polscy osadnicy, pracownicy lasów państwowych, polska administracja państwowa i samorządowa. Tkwili tutaj, związani z ziemią rozlicznymi węzłami i ciężko zapracowanym dobytkiem, a teraz ta ziemia usuwała im się spod nóg.

   Należało stąd uciekać, ale dokąd? Miałem auto, ale bez benzyny. Niewiele miał jej do swojego auta pan Jundziłł. Pod wieczór udałem się z żoną na rozstaje dróg wiodących z Pińska i Baranowicz, jakby stamtąd nadejść miała pomoc. Ale auta, które nadjeżdżały, nie chciały się zatrzymać, mimo że prosiliśmy o to. Zapadał mrok, przytuliłem do siebie żonę, której oczy z ufnością patrzyły na mnie. Gdy mieliśmy już odejść, nagle cicho nadjechało auto i zatrzymało się koło nas. Z auta wysiadło czterech oficerów, a żona z właściwą jej bezpośredniością, podbiegła do nich i zanim sam zdążyłem wdać się w rozmowę, usłyszałem: będziemy mieli benzynę. Nadjechały jeszcze dwa auta ciężarowe. Dowiedzieliśmy się, że ta mała kolumna jedzie z Pińska i i kieruje się w stronę Wołkowyska. Jeśli w ciągu kilku minut dołączymy do nich, to możemy się z nimi zabrać.
   W pośpiechu załadowaliśmy do auta usypiające dzieci i wszystko, co mieliśmy pod ręką. Później żałowaliśmy pozostawionych w piwniczce konserw i sporej głowy wybornego sera litewskiego. Żegnając się, radziłem panu Jundziłłowi, aby również stąd wyjechał, tym bardziej, że miał w Wilnie własne mieszkanie. Zrezygnowany odparł, że ma chorą matkę i nie może pozostawić jej samej. Po naszym wyjeździe pan Jundziłł został aresztowany, wywieziony i wszelki ślad po nim zaginął, a matka jego zmarła w nędznym miejscowym hoteliku.

   Napełniono mi do pełna bak benzyną i dołączyliśmy na koniec kolumny. Oficerowie uprzedzili mnie, że nocą może być niespokojnie na drodze. Od początku jechaliśmy bocznymi drogami o głębokich koleinach. Całą uwagę skupiłem, aby się nie zgubić za ostatnim autem kolumny. Noc była chłodna, ale ja byłem zgrzany od pracy przy kierownicy, a może tylko z emocji. Słyszeliśmy bowiem dalekie krzyki i nawoływania. Nagle wszystkie auta kolumny zatrzymały się i słyszeć się dały pojedyncze strzały karabinowe, a nawet karabinu maszynowego. Powoli wszystko ucichło i mogliśmy znowu jechać dalej.
   Przy przejeździe przez małe miasteczka widzieliśmy w drzwiach domostw wylęknione twarze Żydów polskich. Po długiej jeździe bocznymi drogami dostaliśmy się wreszcie na główny trakt. W pobliżu torów kolejowych widzieliśmy niekończące się nasze podwody wojskowe. O brzasku dotarliśmy do Wołkowyska. Na postoju, w miejscowym zajeździe, dowiedzieliśmy się od naszych oficerów, że nocą dwukrotnie trzeba było rozbierać ustawione zapory i użyć broni przeciwko napierającej tłuszczy. Teraz znajdujemy się na zanikającym froncie walk polsko – niemieckich. Warszawa jeszcze się broni i stąd jest najbliżej do niej. Oni muszą teraz szybko jechać do Wilna i stamtąd, jeśli da Bóg, przedostać się za granicę i na innych już frontach bić się dalej za Ojczyznę.
    Nie pozostało nam nic innego, jak jechać za nimi do Wilna i tam się zorientować, gdzie można będzie przeczekać najgorszy, jak się zdawało, okres wojny. W czasie jazdy widać było w pobliskich lasach koczujące oddziały wojska polskiego. Na jednym etapie drogi jeden z jadących z nami żołnierzy wszedł na słup telefoniczny i rozmawiał znanym mi z wojska sposobem. Jeden z oficerów powiedział mi, że zmuszeni są opuścić kolumnę, z którą jadą, aby zdążyć do Wilna, ponieważ jeszcze dzisiaj wjazd do miasta zostanie zamknięty. Szybko odjechali swoim chavroletem, a ja nie namyślając się wiele, ruszyłem za nimi moim oplem. Jechaliśmy bardzo szybko i straciłem ich z oczu dopiero u wrót Wilna, o mało nie rozbijając auta o zaporę przeciwczołgową, która nagle wyrosła mi na szosie. Dotąd nie wiem, jakim cudem potrafiłem zatrzymać auto bokiem tuż przed zaporą. Przez pewien czas nie mogłem dojść do siebie, ale rozumiałem, że Opatrzność czuwała nad nami.
   Powoli wjechałem do miasta i zatrzymałem auto na ulicy Mickiewicza. Działy się niezwykłe rzeczy. Tłum ludzi wsłuchiwał się w ochrypły uliczny głośnik. Nadawał nieprawdopodobne wiadomości o zamachu na Hitlera i rewolucji w Niemczech, przeplatane marszami wojskowymi. Zwiesiłem głowę, takie bowiem znieczulające wiadomości i hurra marsze oznaczały, że sytuacja jest beznadziejna. Z cukierniczego sklepu podeszła do auta stara Żydówka i nie proszona podała moim dzieciom szklankę ciepłego mleka. Wzruszył mnie ten ludzki odruch, ale daremnie szukałem miejsca w hotelu lub gdziekolwiek. Wybawiła nas w końcu z kłopotu nieznana pani, jak się okazało nauczycielka, która zgodziła się przyjąć nas do swojego mieszkania. Zmęczeni i zaniepokojeni znaleźliśmy się w ciepłym pokoju, co dawało niejakie poczucie bezpieczeństwa. Przed snem doszła nas wiadomość, że młodzież opuszcza gród Gedymina, aby schronić się w pobliskich lasach.

   Nocą obudziły nas odgłosy strzelaniny i następnie warkot jadących czołgów. Machinalnie żona zaczęła ubierać dzieci, jakby należało już opuścić mieszkanie. Poradziłem ułożyć dzieci znowu do snu i doczekać dnia. W mglisty poranek pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem przez okno, był czerwony sztandar, wywieszony na przeciwległym budynku. Odtąd los mojej rodziny kształtować się miał pod jego znakiem.
   Wyszedłem na opustoszałe ulice miasta. Na sąsiednim placu Łukiskim stało kilka czołgów i samochody ciężarowe, z których rozdawano chętnym chleb, przywieziony może z dalekiej Ukrainy, którego mieliśmy dotąd pod dostatkiem. Na innym aucie dziewczęta w wojskowych mundurach śpiewały smętne pieśni białoruskie. Sklepy w mieście były zamknięte. Podobno nocą miejscowe szumowiny próbowały je rabować, ale żołnierze radzieccy szybko je rozpędzili. Nieliczni polscy żołnierze, którzy pozostali w koszarach, poddali się bez walki. Symbolicznej obrony miasta podjęła się młodzież, ale pod naporem czołgów, oddaliła się w okoliczne lasy.
   Wojsko radzieckie obsadziło wszystkie gmachy publiczne i miejskie, a także zakłady przemysłowe i większe sklepy. Na murach miasta rozlepiono afisze w języku rosyjskim i litewskim, oznajmiające o wyzwoleniu miasta Wilna spod "jarzma polskiego". Mniejsze plakaty w języku polskim wzywały, pod rygorem sądu wojennego, do oddania wszelkiej posiadanej broni i amunicji oraz do natychmiastowej rejestracji aut i innych środków transportu.
   Przyjmujący rejestracje samochodu zapytał mnie, czy nie chciałbym pracować na swoim aucie. Niezdecydowanie wyraziłem zgodę i polecono mi zgłosić się do dyspozycji komisarza Tymczasowego Zarządu miasta Wilna, który już urzędował w gmachu dawnego zarządu Miejskiego. Pojechałem tam moim oplem i okazało się, że będę do osobistej dyspozycji majora Ezryna, komisarza Wremennoje Uprawlenia Goroda Vilna. Otrzymałem stosowną przepustkę na prawo jazdy dniem i nocą, niezbędną ze względu na ostre ograniczenia w poruszaniu się na drogach. Z miejsca otrzymałem także tzw. "pajok", czyli należny pracującemu przydział konserw mięsnych i rybnych. Udobruchał on moją żonę, nie bardzo zadowoloną z mojej nowej pracy. Podobnie jak w Warszawie, znowu całymi dniami miałem nie być w domu z rodziną.

   W istocie, miałem stałe jazdy z komisarzem Ezrynem i jego zastępcą. Nie znałem języka rosyjskiego, a on polskiego, ale gdy się okazało, że znam niemiecki, z miejsca zaczął mówić do mnie żargonem żydowskim, wyraźnie zadowolony. W czasie jazdy zawsze siadał na przednim siedzeniu. Nie lubił szybkiej jazdy. Odwrotnie jego zastępca, który pytał mnie, czy brałem udział w rajdach samochodowych, a mnie przypomniała się znajomość z Jankiem Ripperem i rajdy tatrzańskie, jako coś niesłychanie odległego. Woziłem moich pracodawców do różnych placówek przemysłowych i handlowych, w których dokonywali inwentaryzacji, a może i wysyłki nagromadzonych towarów. Zapamiętałem ich urzędowanie w domu towarowym Braci Jabłkowskich w Wilnie, zamkniętego teraz dla szerokiej publiczności. Nie mogli oderwać oczu od nagromadzonych tu skarbów, brali do rąk maszynki, które służyły w kuchni naszym gosposiom, pytali o ich działanie i nie bardzo mogłem wierzyć, gdy mówili: u nas wsio jest, u nas mnogo.


15. Przeżycia wileńskie

   Podobało mi się Wilno, niemal jak Kraków rozłożone na wzgórzach, i ludzie tutejsi – życzliwi i spokojni. Ale teraz gospodarowali przybysze. Obowiązywał jeszcze złoty polski, ale niewiele można było za niego kupić. Opustoszały sklepy, ale znacznie ożywił się targ, na którym można było dostać wszystko, ale coraz częściej na drodze towar za towar. Dzięki nieoczekiwanemu zatrudnieniu mogłem zaopatrzyć moją rodzinę w potrzebne do życia produkty, a nawet przywieźć kartofle dla sąsiadów.
   Mieszkałem w jednym dużym pokoju z żoną i dziećmi oraz wychowawczynią, która teraz była nie pomocą, a utrudnieniem życia. Toteż byłem zadowolony, że wyjechała do Augustowa, w którym mieszkała jej matka. Na żonę spadła cała opieka nad dziećmi i prowadzenie gospodarstwa we wspólnej kuchni z innymi lokatorami. Ciągle byłem poza domem, ale często wpadałem, a na noc byliśmy wszyscy razem.


Helena Grabowska w Wilnie


   Niedługo cieszyliśmy się jako taką stabilizacją życia w Wilnie. Okazało się, że wojska radzieckie opuszczą niebawem Wilno, przekazując je na stolicę Litwinom. Major Ezryn zaproponował mi, abym wyjechał z nim jako szofer do Mińska. Gdy powiedziałem mu, że nie mogę zostawić żony z dwojgiem małych dzieci, pokiwał ze zrozumieniem głową. Gdy wróciłem do domu, zastałem dwóch "enkawudystów" czekających na mnie, abym pojechał z nimi i wydał im auto. Okazując moje legitymacje powiedziałem, że jestem w dyspozycji komisarza Zarządu Miasta. Dla wyjaśnienia sprawy musiałem z nimi jechać. Pożegnałem żonę, która cicho płakała, ucałowałem dzieci i patrzyłem na wylęknionych sąsiadów. Wielu mieszkańców Wilna zostało aresztowanych, niektórzy przebywali na Łukiszkach w więzieniu, większość została już wywieziona nie wiadomo dokąd i nie można było się dowiedzieć, gdzie przebywają. Podobny los mógł spotkać i mnie.
   W gabinecie majora Ezryna byłem tylko świadkiem sporu kompetencyjnego między nim i enkawudystami, ale w rezultacie ci ostatni odeszli. Major oświadczył, że kupuje moje auto za cenę 5000 złotych polskich. Nie miały one wtedy już żadnej wartości, ale pokwitowałem ich odbiór. Następnego dnia wojska radzieckie opuszczały Wilno. Major Ezryn i jego zastępca usiedli tym razem na tylnym siedzeniu, a mnie polecili opuścić miejsce kierowcy, które zajął żołnierz radziecki. Szybko oddaliłem się od nich i z nieukrywaną ulgą pomyślałem, że major Ezryn okazał się ludzkim człowiekiem.

   Do Wilna szumnie wkroczyli nowi władcy. Pojawili się policjanci litewscy ubrani w tak barwne mundury, jakie dotąd widziałem tylko w operetce. Posługiwali się wyłącznie językiem litewskim, mało komu znanym i dopiero w największej irytacji przypominali sobie polskie jędrne słowa. Przenoszono do Wilna litewskie urzędy, wyższe uczelnie i wydawnictwa. Pojawiły się nawet autobusy. Podarowanie przez Związek Radziecki Wilna na stolicę Litwy uderzyło do głowy szaulisom litewskim. Jak dalece, niech zaświadczy taki ustęp z artykułu prasy radzieckiej, jaki utkwił mi w pamięci: Politykę naszą przyrównać można do orła, który patrząc z góry wszystko zdobywa, zaś polską politykę do gada pełzającego w błocie. Wyżywali się w nienawiści do wszystkiego, co polskie, niepomni, że Polskę i Litwę łączyła historyczna, dobrowolna unia. Nie mogłem zwłaszcza zrozumieć, dlaczego nienawiść do wszystkiego, co polskie, podsyca niższy kler litewski.
   Kilku znanych polskich dziennikarzy z Łodzi i Warszawy, zamiast milczeć z godnością, na miarę sytuacji, w jakiej znalazła się Polska, uznało za dopuszczalne publikować za pieniądze sensacyjne wiadomości z prywatnego życia polskich mężów stanu. W tym czasie przebywało w Wilnie sporo dziennikarzy, uchodźców z Warszawy i innych miast Polski. Większość zachowywała się z godnością. Niektórych nęciła możliwość przedostania się do Szwecji i Anglii. Konsulat w Kownie był dosłownie oblężony przez oczekujących na wizy. Uczynni ajenci organizowali nawet zbiorowe wyjazdy, ale okazało się, że niektóre z nich w czasie jazdy przez morze dostawały się prosto w ręce Niemców.
   Kilku polskich publicystów ogłosiło się "krajowcami", ni to Polakami, ni to Litwinami. Zdumionemu społeczeństwu polskiemu wykładał nową teorię krajowości w nowo powstałej Codziennej Gazecie Wileńskiej nie kto inny, ale Józef Mackiewicz, młodszy brat Stanisława Mackiewicza, naczelnego redaktora dawnego Słowa wileńskiego. Gdy hitlerowcy później opanowali Wilno, Józef Mackiewicz musiał tę politykę krajowości podporządkować niemieckiej propagandzie. Mnie osobiście nie interesował wyjazd za granicę, choć doradzał mi go prof. Pelczar, znany mi z Czasu krakowskiego.
   Należy natomiast przyznać Litwinom, że bardzo dbali o zaopatrzenie ludności w żywność. W sklepach można było dostać wszystko, oczywiście tylko za lity. Polskie złote przestano przyjmować po wymianie drobnej części na litewskie lity. Spółdzielnie litewskie, jak np. "Maistas" do obrotu mięsem i "Pienocentras" do przetwórstwa mlecznego osiągnęły światowy poziom eksportowy i przewyższały zarówno w zakresie produkcji, jak obrotu handlowego naszą przedwojenną spółdzielczość.

   W okresie litewskim niełatwo było zaaklimatyzować się mojej rodzinie w Wilnie, choć miałem w nim wielu dawnych znajomych i kolegów, którzy jednak znajdowali się w podobnym jak ja położeniu. Odnalazłem Michała Tyszkiewicza i jego żonę Hankę Ordonównę. Podejmowali mnie z żoną na wielkanocnym przyjęciu, gdzie była smakowita szynka, ale sami musieli teraz się ograniczać, aby związać koniec z końcem. Niełatwo było teraz w Wilnie zdobyć jakąkolwiek pracę. Litwini rugowali Polaków nawet ze stanowisk dawno zajmowanych. Polskiej inteligencji, która tak licznie napłynęła do Wilna mieli do zaoferowania tylko pracę fizyczną przy budowie dróg.
   Pomoc przyszła w samą porę. W mieszkaniu państwa Jurkowskich, którzy nas gościnnie przygarnęli, odwiedził mnie, zasapany jak zwykle, kolega Kafel i powiadomił, że organizuje się w Wilnie przy ul. Zygmuntowskiej komitet pomocy uchodźcom: dziennikarzom, artystom, literatom i aktorom. Zbliżała się ciężka, jak się okazało, zima z 1939 na 1940 rok. Byliśmy wszyscy w letnich tylko ubraniach. Tylko dla dzieci zabrała żona nieco cieplejszych rzeczy. Mimo że o naszą małą Elżunię troszczyliśmy się najbardziej, przypłaciła tę zimę zapaleniem płuc, na szczęście niegroźnym.

   Gdy przekroczyłem próg lokalu, w którym mieścił się Komitet Pomocy Uchodźcom, właśnie biedził się kol. Grzymała nad popsutą instalacją elektryczną. Miałem niejakie rozeznanie w tym względzie, które zawdzięczałem służbie ochotniczej w wojsku w 1920 roku, i zabrałem się do pracy. Niedługo zabłysło światło w internacie, a mnie z miejsca powierzono funkcję elektryka. Zostałem przyjęty i upoważniony do korzystania ze wszystkich form pomocy. Zarząd Komitetu stanowił kol. Mieczysław Krzepkowski jako przewodniczący oraz kol. Zawadzka z Gońca i kol. Klibański z Robotnika. W stołówce, która zapewniała pełne całodzienne wyżywienie, od wczesnego rana zbierali się zbiedzeni uchodźcy. Było gwarno, ale przytulnie. Po posiłkach, na które przychodziła żona z dziećmi, niektórzy czytali dzienniki, grali w szachy, pozostali rozmawiali lub dzielili się najnowszymi wiadomościami. Najbardziej upadających na duchu umieli ożywić pani Perzanowska i Kurnakowicz. Moja najmłodsza córka Elżunia dla swej bezpośredniości zyskała sobie wśród artystów miano królowej. Spotkałem tutaj wielu dawnych znajomych: Feliksa Grossa z Krakowa, redaktorów Dąbrowskiego i Zajączkowskiego z Warszawy. Zaprzyjaźniliśmy się z tymi, którzy byli z żonami: Jerzym Komarnickim i Władysławem Merylem. W czasie Świąt Bożego Narodzenia zabłysło tradycyjne drzewko wigilijne, a niestrudzona pani Arnoldowa pomyślała nawet o podarunkach dla dzieci. Nikt nie czuł się samotny, wygnanie z domów rodzinnych było lżejsze.
    Dla wielu dziennikarzy, publicystów, artystów i aktorów internat stał się jakby domem zastępczym. Bez względu na dawniejsze podziały i różnice, łączyła wszystkich wspólnota losu. Olbrzymia pomoc, jaką świadczono, była możliwa dzięki poważnym środkom finansowym, jakie pochodziły z "Jointu" w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.

   Wielu otrzymało wreszcie wiadomości od najbliższych. I mnie doszły pierwsze wieści, najpierw z Krakowa, niestety smutne: w listopadzie 1939 roku zmarł mój ojciec. Z licznej rodziny była na pogrzebie tylko najstarsza siostra Maria i brat Edmund. Jan przebywał w oflagu, siostry młodsze w Warszawie, a o mnie nie było żadnej wiadomości. W styczniu 1940 roku zmarła także moja matka i na jej pogrzebie nie było wszystkich dzieci, o które tak dbała. Z Warszawy dostałem wiadomość od Janki, że mieszkanie na ul. Smolnej ocalało, ale musiała podnająć pusto stojące pokoje. Nie były to pocieszające wiadomości, nikt nie zachęcał nas do powrotu.
   Tymczasem w Wilnie znowu nastąpiły zmiany polityczne. Wojska radzieckie ponownie wkroczyły do Wilna i nie wiadomo było, jaka właściwie obowiązuje władza. Po uspokojeniu znowu wszyscy poczuli się zagrożeni. Wśród miejscowej ludności wzmogły się aresztowania i wywożenie całych rodzin w głąb Związku Radzieckiego, zwłaszcza tych, co służyli w wojsku polskim, osadników i leśniczych.

   Ciężko przyszło przeżyć nieoczekiwany upadek Francji i dramatyczne wycofanie się kontyngentu wojsk angielskich z powrotem na wyspy. Niektórzy w związku z tym byli bardziej zrozpaczeni, aniżeli po wrześniowej klęsce Polski. Niczego już dobrego nie mogły oczekiwać udręczone ludy Europy. Ustały krzepiące spotkania koleżeńskie. Każdy starał się schować i być najmniej widoczny. Z naszego internatu znikali koledzy dziennikarze. Niektórzy otrzymali wizy wyjazdowe do Stanów Zjednoczonych, ale już drogą przez Syberię. Zjawiła się w internacie zapłakana Hanka Ordonówna-Tyszkiewicz, że jej mąż, Michał Tyszkiewicz, po wyjściu z domu przepadł, jak kamień w wodę. Postanowiła szukać go wszędzie, aż odnajdzie.
   Warunki bytowania mojej rodziny w Wilnie znowu uległy pogorszeniu. Musieliśmy przeprowadzić się do małego drewnianego domku w pobliżu rzeki Niemen. Pomoc otrzymywana z Komitetu Uchodźców kurczyła się i nie można było już na nią liczyć. W tych warunkach zgłosiłem się do jedynie dostępnej pracy przy budowie dróg. Początkowo ładowałem ziemię na wózki szynowe i woziłem na miejsce przeznaczenia. Rychło awansowałem na stanowisko robotnika kwalifikowanego, gdy się okazało, że potrafię zakładać druty telefoniczne na słupy, którą to umiejętność zawdzięczałem przeszkoleniu, jakie odbyłem w czasie ochotniczej służby wojskowej w 5 kompanii telefonicznej w Krakowie w roku 1920. Teraz w Wilnie wchodziłem na tzw. rakach na słupy, umacniałem porcelanowe gruszki i wiązałem przewody. Prace te przerwano z początkiem zimy i znowu stałem się bezrobotny. Na szczęście żona otrzymała pracę, jako księgowa i zarabiała lity potrzebne na utrzymanie. Na mnie spadła natomiast praca, którą wykonywała żona, a więc opieka nad dziećmi, pranie naszej bielizny oraz gotowanie posiłków. Mimo trudności, jakich nie szczędzili nam wynajmujący domek i prymitywnych warunków bytowania, czuliśmy się z żoną niemal szczęśliwi, po raz pierwszy w życiu wzajemnie sobie tak potrzebni. Odczuliśmy na sobie, że trudne warunki życia potrafią lepiej wzajemnie zbliżyć do siebie, aniżeli życie w dostatku.

   Na wiosnę 1941 wypadki na skalę światową znowu miały odmienić nasz los. Niemcy hitlerowskie, łamiąc zdradziecko zawarte porozumienie, uderzyły na Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Nie pokonawszy do końca Anglii, zdecydowały się na walkę na dwóch frontach. Skutki zmasowanego ataku niemieckiego odczuliśmy w Wilnie już w pierwszym dniu wojny, nocą spadły na miasto bomby lotnicze. W naszym drewnianym domku przeżyliśmy prawdziwe chwile grozy. Ziemia się trzęsła od wybuchu bomb. Trudno było wytrzymać skowyt lecącej bomby, zdawało się, że uderzy w nasz domek, choć, jak się przekonałem później, spadły kilkadziesiąt metrów dalej.
   W czasie dnia lotnicy radzieccy usiłowali podjąć walkę z lotnikami niemieckimi, ale byli bezradni, ponieważ mieli do dyspozycji zbyt powolne armaty. Ponosili też olbrzymie straty. Potężna armia niemiecka, okrążającymi manewrami szybko posuwała się naprzód, a wojsko radzieckie pospiesznie cofało się na wschód. Czołgi niemieckie już drugiego dnia dotarły do Wilna i nie zatrzymując się ruszyły dalej. Dopiero w następnych dniach przybyły niemieckie oddziały wojskowe, a właściwie hitlerowski aparat egzekucyjny. W żydowskiej dzielnicy Wilna od samego początku działy się straszliwe wydarzenia. Z całego Wilna spędzano wszystkich Żydów do utworzonego getta. W jego stronę zmierzały szeregi wylęknionych kobiet i dzieci, osobno mężczyzn. Tych autami wywożono poza miasto i w okolicznych lasach dokonywano masowych egzekucji.
   Cień swastyki padł na miasto. Nikt nie orientował się, jak odniesie się aparat hitlerowski do Polaków, Litwinów oraz uciekinierów z ziem polskich, przez nich już zajętych. Na razie zajęci byli wyłącznie Żydami, ale nikt nie miał wątpliwości, że w następnej kolejności zajmą się Polakami. Odwiedził mnie w domku dobrze mi znany redaktor Czasu, Stanisław Mierzeński. Rozgorączkowany przekonywał mnie, że tylko teraz, kiedy jeszcze panują warunki frontowe, można wrócić do Warszawy, co niektórzy już uczynili. Kolej i samochody oczywiście nie wchodzą w rachubę, ale można rzemiennym dyszlem. Powinniśmy kupić chłopski wóz i dobrego konia, załadować dzieci i samemu furmanić. Ma na widoku taki zaprzęg, tylko nie ma pieniędzy na jego zakup.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl