Poślubiona reformacji - Strona 2

Spis treści
Poślubiona reformacji
Page 2
Wszystkie strony

Pobożność, Pokój, Prawda

   Tymczasem jednak życie rodzinne Hausscheinów układało się wyśmienicie. W 1530 r. Wibrandis rodzi Oecolampadiusowi córkę, która otrzymuje greckie imię Irene (Pokój), a w 1531 r. przychodzi na świat ich trzecie dziecko, również córka, Aletheia (Prawda). Imiona dzieci – Pobożność (Euzebiusz), Pokój i Prawda – miały też odzwierciedlać filary teologii Oecolampadiusa i zasady, jakimi kierował się w życiu i jakie starał się wprowadzić wśród domowników. Dzięki oszczędności i zaradności Wibrandis znacznie poprawia się sytuacja finansowa rodziny. Już w pierwszym małżeńskim roku mogli pozwolić sobie na kupno winnicy, w 1531 r. dokupili drugą oraz pastwisko. O tym, że była to inicjatywa zapobiegliwej Wibrandis świadczy fakt, że w dokumentach zawsze występuje ona obok męża jako współkupująca i przyszła współwłaścicielka. Wydaje się, że Wibrandis pochłonięta była przede wszystkim troską o dom, nie miała już czasu, a prawdopodobnie również wystarczającej wiedzy i wykształcenia, by wdawać się z mężem w polemiki. Skromność i małomówność pani Hausschein mogły być jednak różnie oceniane. Najważniejsze jednak, że wszystkie jej zalety zostały zauważone przez małżonka, który pisał: Moja żona (...) nie jest kłótliwa ani gadatliwa, nie włóczy się nigdzie, lecz troszczy się o dom. Jest zbyt prosta, by być zarozumiałą i zbyt mądra, by inni mogli ją osądzać. 

   W miarę spokojne i dostatnie życie Wibrandis i Johannesa przerwał rok 1531. Mimo narodzin Alethei nie okazał się szczęśliwy. Oecolampadius wdał się w spór z radą miejską, zarzucał jej nieprawidłowości w zarządzaniu dobrami kościelnymi. Jednocześnie prowadził ostre dyskusje z anabaptystami. Nie czuł się przy tym najlepiej, dlatego musiał odmówić mieszkańcom Zurichu, gdy ci zaproponowali mu przejęcie obowiązków po Zwinglim, który zginął w bitwie z katolikami pod Kappel. Przeżył przyjaciela zaledwie o kilka tygodni; zmarł w listopadzie prawdopodobnie w wyniku zakażenia krwi, nie chciał mu się bowiem zagoić ropiejący wrzód (zapewne był to jakiś nowotwór).
   Pogrzeb Johannesa Oecolampadiusa zgromadził tysiące mieszkańców Bazylei, którzy chcieli pożegnać pierwszego reformowanego proboszcza katedry. Max Bertschi, jeden z czołowych kaznodziejów bazylejskich tego okresu, pisał do Heinricha Bullingera, następcy Zwinglego w Zurichu, że zmarły był filarem wszelkiej pobożności i uczoności, a Butzer uznał przyjaciela za teologa, od którego większego nie mieliśmy. Oczywiście, jest w tych pośmiertnych epitafiach sporo przesady, jednak w pamięci bazylejczyków zapisał się Oecolampadius jako znakomity kaznodzieja, uczony, którego wykłady przyciągały rzesze słuchaczy, animator życia religijnego po zwycięstwie reformacji, z drugiej strony – asceta, moralista, który surowe zasady stosował najpierw do siebie. Nie brakowało jednak antagonistów, głównie wśród katolików, którzy nie pogodzili się z zakazem rzymskiego kultu w mieście. Podsycali oni plotkę, jakoby Oecolampadius popełnił samobójstwo, a nawet – został porwany przez diabła. 

   Dla 27-letniej Wibrandis nadeszły cięższe czasy. Musiała zatroszczyć się o siebie i o czwórkę dzieci. Na szczęście była na tyle zapobiegliwa, że w czasie małżeństwa z Oecolampadiusem udało jej się zgromadzić sporo środków i, jak wspomniano, figurowała jako współwłaścicielka dwóch winnic i pastwiska. Jako samotna kobieta nie mogła jednak swobodnie zarządzać swoim majątkiem, choć niedawno sprawnie administrowała całym pastorskim domem. Początkowo reprezentował ją jej wuj, brat matki, mistrz garbarski – Martin Strub. Później na opiekuna jej i dzieci został wyznaczony krewny zmarłego właśnie męża, radny miejski, rzeźnik – Leonhard Pfister. To swoiste interim trwało około pięciu miesięcy.

Rozterki wdowca

   Kiedy Johannes Oecolampadus zmagał się ze śmiertelna chorobą, w wyniku szalejącej w Strasburgu dżumy zmarła żona Wolfganga Capito – Agnes Röttel. Mąż wspominał ją w listach jako "siostrę i gospodynię" oraz "prawdziwą pomoc w służbie Bogu", a więc kobietę, która sprawdzała się dobrze w roli żony duchownego. Jeden z największych orędowników małżeństwa Oecolampadiusa z Wibrandis sam więc stanął wobec trudnego zadania znalezienia towarzyszki życia przynajmniej tak samo dobrej jak poprzednia. Być może wierzył, że choroba przyjaciela jest przejściowa i dlatego początkowo nie rozważał związku z panią Hausschein, choć przecież bardzo dobrze orientował się, że właśnie ona byłaby najlepsza. Brał za to pod uwagę dość kontrowersyjne kandydatury, jak np. Sabine Bader z Augsburga, wdowę po przywódcy anabaptystów.
   Gdy te plany nie powiodły się, Capito nie radząc sobie z prozą życia, zaczął popadać w stany depresyjne, zwane wtedy eufemistyczne melancholią, oraz w insomnię, jak zdiagnozował Butzer. Niepokoiło to jego przyjaciół, zwłaszcza Butzera, który postanowił wziąć inicjatywę w swoje ręce i skutecznie wyswatać Wolfganga. Wybór padł na Margaretę Blaurer. Butzer przed wielu laty prowadził z nią korespondencję, wiedział więc, że jest kobietą uczoną, znającą nieźle łacinę, biegłą w teologii, czyli taką, z którą można w domu dyskutować na wszystkie tematy. Wydaje się, że chciał dla przyjaciela jak najlepiej, sam cenił niewiasty wykształcone i mające własne zdanie, takie jak jego żona Elisabeth. Poza tym prowadząc dom brata, Ambrosiusa Blaurera, Margarete dała się poznać jako dobra gospodyni, która mogłaby skutecznie poradzić sobie z doprowadzeniem do porządku podupadającego domostwa Capito. Capito jednak potrzebował innej, mniej przebojowej kobiety, za to cierpliwej i z optymizmem patrzącej w przyszłość. Widocznie Margarete zdawała sobie z tego sprawę, bo odrzucała oferty Wolfganga, a i Ambrosius Blaurer niechętnie pozbyłby się tak dobrej gospodyni, dlatego nie wahał się nazwać parodią ewentualnego małżeństwa siostry z Wolfgangiem.
   Ponieważ los Capita nie był mu obojętny, za namową Butzera wskazał inną kandydatkę, równie pracowitą, równie dobrą organizatorkę i administratorkę, równie doświadczoną w prowadzeniu pastorskiego domu jak Margarete – Wibrandis Rosenblatt. Podobnie jak Oecolampadius przed trzema laty, tak teraz Capito szukał kobiety, która byłaby raczej służącą niż żoną, Kiedyś przekonywał przyjaciela, że Wibrandis jest stworzona na żonę uczonego, że ma wszystkie niezbędne zalety, teraz sam miał się przekonać, że jest w najwyższym stopniu skromna, usłużna i łagodnego usposobienia – jak pisał Butzer w liście do Blaurera. Jednym słowem odpowiednia dla człowieka tak zmiennego, cierpiącego na bezsenność i melancholię i dobrze zdającego sobie sprawę ze swojego stanu,(...) [którego] dziwactwo przejawia się w tym, że on wszystko dla chrześcijańskiej miłości poświęca i w ten sposób popada w ciężkie długi. W 1532 r. Capito przyjechał więc do Bazylei i wkrótce powrócił stamtąd do Starsburga z młodszą o 26 lat żoną – Wibrandis, jej dziećmi i matką.

Wolfgang Capito
Wolfgang Capito


Pani Capito

   Wibrandis objęła podupadające gospodarstwo, Wolfgang mógł znów oddawać się przygotowywaniu kazań i wykładów; plebania przy kościele św. Piotra wypełniła się studentami, gośćmi, uciekinierami, chorymi. Do tego Wibrandis przywykła, niezbyt miłym novum były poważne problemy finansowe, których nie zaznała w czasie poprzednich małżeństw. Więcej uwagi musiała też poświęcać mężowi cierpiącemu na depresję, bezsenność i w ogóle skłonnemu do chorób. Wydaje się, że życie z kapryśnym i ulegającym często innym Capito nie należało do najłatwiejszych. Naiwność reformatora sprowadziła na niego kłopoty finansowe, popadł w długi prawdopodobnie dlatego, że zbyt chętnie udzielał poręczenia majątkowego. Wydawało mu się, że skoro pochodził z zamożnego domu, nie musi obawiać się biedy. Stało się inaczej.
   Dzięki oszczędności i pracowitości Wibrandis udało się jednak w ciągu kilku lat pospłacać długi i doprowadzić finanse do porządku. Stopniowa poprawa sytuacji majątkowej nie przekładała się jednak na spokojne życie i przespane noce. Bezsenne noce zawdzięczała nie tylko mężowi, lecz także nowym obowiązkom macierzyńskim związanym z pojawieniem się na świecie kolejnych dzieci. W 1533 r. urodziła się pierwsza córka, której dano imię po pierwszej żonie Capita – Agnes, następnie Dorothea, Hans Simon, Wolfgang Christoph, a wreszcie w 1541 r. Irene, która otrzymała imię po zmarłej w dzieciństwie przyrodniej siostrze Irene Hausschein. W 1540/41 r. w Strasburgu, mieście gęsto zaludnionym, znów pojawiła się epidemia dżumy, na którą zmarło teraz  ponad 2000 mieszkańców. Choroba nie oszczędziła też najbliższych Wibrandis; najpierw umiera jej syn z drugiego małżeństwa – Euzebiusz, potem dwoje dzieci Capita – Dorothea i Wolfgang Christoph. Ofiarą "czarnej śmierci" padł również sam Wolfgang Capito.

   Podczas trwania epidemii plebania przy kościele św. Piotra przekształciła się w szpital. Wibrandis opiekowała się umierającymi nie tylko we własnym domu, odwiedzała też chorych przyjaciół i parafian. Bywała w domu Butzerów, gdzie na dżumę zapadła Elisabeth Silbereisen. Wkrótce po zgonie męża Wibrandis została wezwana przez umierającą Elisabeth, niemal na dzień przed śmiercią przyjaciółki. Pani Butzer prosiła o opiekę nad mężem i upośledzonym fizycznie i psychicznie synem Natanaelem, który jako jedyny z dzieci Butzerów ocalał z epidemii. Nie udało się uratować trójki pozostałych. Inne dzieci – w sumie Butzerowie mieli ich trzynaścioro – nie dożyły nawet wieku nastoletniego. Mężowi Elisabeth powiedziała, że jej ostatnią wolą jest, aby poślubił Wibrandis. Zmarła spokojna, że zapewniła dobrą przyszłość człowiekowi, z którym spędziła dwadzieścia szczęśliwych lat.

   Praktyka wyznaczania swojej "następczyni", która może wydawać się dziwna, była wtedy bardzo rozpowszechniona. Zdarzały się jednak nadużycia i choroba żony stawała się pretekstem do związania się mężczyzny z inną kobietą. Reformatorzy czuli się więc w obowiązku zająć jakieś stanowisko. Dr Bazyli Monner pytał Dra Lutra: czy człowiek ma prawo ożenić się, jeśli jego żona cierpi na nieuleczalną chorobę? Dr Luter odpowiedział: Prawo tego nie dopuszcza, choć zdarzały się przypadki, gdy pozwalano wziąć nałożnicę. Dalej mówił Dr Luter: To niebezpieczne. Ponieważ jeśli małżeństwo można by rozdzielać z powodu choroby i brać sobie wtedy inną kobietę za żonę, to  można by też wymyślać nieskończenie wiele innych przyczyn, by tak postąpić (WA 4373).

   Wydaje się jednak, że dla Butzera śmierć Elisabeth była prawdziwym ciosem, a nie pretekstem do zmiany partnerki. Długo nie mógł zapomnieć o pierwszej żonie, o której pisał z miłością: Dobry Pan Bóg dał mi (...) małżonkę aż na 20 lat, która odznaczała się wielką karnością, zacnością, pobożnością i pracowitością. (...) Byłem przez nią wspierany w mojej służbie, nie tylko przez to, że uwalniała mnie od trosk o dom i interesy, lecz także przez to, że (...) dawała mi rady i tu, w Strasburgu, mogłem lepiej służyć pielgrzymom i sługom Chrystusa, niż gdybym był sam  (za: M Heinsius). W przeciwieństwie do innych reformatorów jak Luter, Zwingli, czy wreszcie przyjaciele Oecolampadius i Capito, którzy preferowali patriarchalny model stosunków w małżeństwie, dla Butzera żona miała być równorzędną partnerką, z którą mógł dyskutować na wszystkie tematy. Elisabeth jako była zakonnica dysponowała odpowiednią wiedzą, a prowadząc dom zyskała odpowiednie doświadczenie, by czasem rzeczywiście udzielać rad mężowi. Trudno się więc dziwić, że Butzer zastosował się do jej ostatniej rady i w 1542 r. poślubił młodszą o 13 lat Wibrandis.

Pani Butzer

   Po ślubie nowa pani Butzer przeprowadziła się z dziećmi – jedenastoletnią Aletheią, dziewięcioletnią Agnes, pięcioletnim Hansen Simonem, roczną Irene oraz ze swoją matką na plebanię przy kościele św. Tomasza. Tam musiała zatroszczyć się o męża, ułomnego Natanaela oraz o starego i schorowanego teścia – Klausa Butzera. Oprócz tego spełniała wszystkie obowiązki, jakie przypadły jej jako żonie duchownego: utrzymywała dom, prowadziła pensjonat, bursę, przytułek itp. Nie była tym zaskoczona i wydaje się, że chętnie przejęła te czynności po Elisabeth. Jednak, jak wspomniano, nie przywykła do partnerstwa w małżeństwie, a już doradzanie mężowi nie mieściło jej się w głowie. Butzer zaś bardzo tęsknił za takim modelem wspólnego życia, do jakiego przyzwyczaił się przez ostatnich 20 lat. Niedługo po ślubie pisał do Ambrosiusa Blaurera z pewnym rozczarowaniem: Odbyło się moje wesele i jedyne, co mnie martwi, to zbytnia uległość mojej żony. Moja pierwsza żona napominała mnie i pouczała, i teraz widzę, że taka otwartość nie tylko była pożyteczna, ale wręcz konieczna! Zachowanie mojej obecnej żony nie pozostawia nic do życzenia, jak tylko jej zbyt wielka troska i uległość wobec mnie. (...) Wielka jest jeszcze [we mnie] tęsknota po utraconej [Elisabeth] (za: M. Heinsius).

   W przeciwieństwie do trzeciego bardzo depresyjnego i kapryśnego męża Butzer okazał się łagodny i przyjazny. Wydaje się, że z czasem zaakceptował milczącą, skromną Wibrandis, która z kolei darzyła męża ogromnym szacunkiem, czcią niemal. Przez 9 lat – tyle trwało ich małżeństwo – nie mogła przemóc się i skarcić Martina, doradzić mu, sprzeciwić się ani nawet zwracać się do niego per ty. Używała, o czym świadczą listy, 2 os. liczby mnogiej (wy).
   Życie rodzinne Butzerów układało się harmonijnie. Wszystkie dzieci traktowane były tak samo. Jeszcze w 1541 r. z domu odeszła najstarsza córka Wibrandis, jej imienniczka, która zgodnie z tradycją rodziny Strub wyszła za mąż za strasburskiego rymarza Hansa Jeligera. Ale zaraz na plebani św. Tomasza pojawiło się dwoje nowych dzieci. Pierwszy, w 1543 r.  urodził się syn Martin. Stało się to pod nieobecność jego ojca, który udał się wtedy w podróż do Bonn, do ewangelickiego biskupa kolońskiego Hermanna von Wieda, aby omówić z nim warunki wprowadzenia protestantyzmu w jego księstwie. Butzer zobaczył swojego syna dopiero po ośmiu miesiącach od dnia narodzin. Długie podróże wpisywały się w życie reformatora. Zdarzało się, że na kilka miesięcy zarządzanie całym domem pozostawało wyłącznie w gestii Wibrandis. Jak poprzednio dbała o gości, studentów, chorych, biednych, nie brakowało też pracy fizycznej.
   W 1545 r. rodzina jeszcze bardziej się powiększyła, na świat przyszła córka, którą Butzer nazwał imieniem swojej pierwszej żony – Elisabeth, a poza tym Butzerowie wzięli na wychowanie jeszcze jedną dziewczynkę – Margarete Rosenblatt, córkę zmarłego brata Wibrandis, Adelberga. W 1548 r. udało się szczęśliwie wydać za mąż Aletheię Hausschein. Dziewczyna poślubiła Christopha Sölla, młodego duchownego, kaznodzieję parafii św. Aurelii, który często bywał na plebani św. Tomasza jeszcze jako student Butzera i cieszył się przyjaźnią swego profesora.

Martin Butzer

   Spokojne życie w Strasburgu zostało przerwane wznowieniem walk religijnych w latach 1546/47 (I wojna szmalkaldzka). W 1548 ogłoszono pozornie polubowne Interim augsburskie, które jednak nie zadowoliło ani zwycięskich katolików jako zbyt proewangelickie, ani protestantów jako zbyt prokatolickie. Na mocy ugody w protestanckiej dotąd katedrze i parafii św. Piotra, tej samej, gdzie przed paru laty mieszkała Wibrandis z Wolfgangiem Capito, zaczęto głosić katolickie kazania. Atmosfera gęstniała z dnia na dzień, dlatego w 1549 r. Butzer skorzystał z zaproszenia arcybiskupa Canterbury Thomasa Cranmera i wyruszył do Anglii, gdzie miał prowadzić wykłady w Cambridge i czuwać nad postępem reformacji na Wyspach. Zanim wyjechał, spisał na wszelki wypadek testament, w którym zabezpieczał swoją żonę i dzieci: Co dotyczy doczesności, moją wolą jest, żeby moja żona Wibrandis naszą córeczkę Elisabeth przez wszystkie dni życia przy sobie zatrzymała i  z całą  pilnością w pobożności i bogobojności wychowała.  Aby mojej żonie było łatwiej to robić i dlatego, że  dotychczas to ona mnie i moim dzieciom wiernie służyła i bez wątpienia jeszcze dalej służyć będzie, dopóki jej siły starczy,  chcę, żeby spadek, który od samego początku, jak tylko nasz związek zawarliśmy, przyrzeczony jej został, około stu guldenów, pomnożony został; także przychody z Bazylei (...) powinny zostać przy niej (za: M. Heinsius).

   W kwietniu 1549 r. Butzer dotarł do Canterbury, a następnie do Lambethhall – londyńskiej rezydencji Cranmera, gdzie spędził całe lato; jesienią został powołany na stanowisko wykładowcy Pisma Świętego uniwersytetu w Cambridge. Oprócz pracy naukowej zajmował się też kształtowaniem porządku nabożeństwa anglikańskiego. Nie czuł się w Anglii najlepiej, brakowało mu przede wszystkim rodziny, ale tęsknił też "za niemieckim jedzeniem i ciepłymi piecami kaflowymi". Jeszcze w Lambethhall  odnowiła się u niego kamica, co też nie sprzyjało optymizmowi. Wibrandis przybyła do męża niemal na pierwsze jego wezwanie pod koniec lata 1549 r. Przywiozła ze sobą wtedy córkę Agnes Capito i trochę niemieckiej służby.  Pod pieczołowitą opieką żony Butzer szybko wyzdrowiał i od początku 1550 mógł podjąć wykłady na temat listu do Hebrajczyków. Wiosną 1550 Wibrandis powróciła do Strasburga, by zabrać  dalszych członków rodziny, służbę i trochę niemieckich sprzętów domowych do Anglii. W Cambridge pozostała 16-letnia Agnes Capito, by troszczyć się  o ojczyma.

   Tymczasem w Strasburgu nie działo się dobrze. Majątku Butzerów strzegł Christoph Söll, ale był to ostatni moment, żeby uratować cokolwiek z ich dobytku. W dodatku  kazano się Wibrandis i jej zięciowi stawić przed katolickim sądem duchownym. Jakby tego nie było dość, pani Butzer czuła się słabo i próbowała się wzmocnić, wyjeżdżając w okolice Ottersweier. W liście do męża z czerwcu 1550 r. skarżyła się: Miły Ojcze! (...)Kiedy  przybyłam do Strasburga, ktoś powiedział, że też ze mną przyjechaliście.  Zbiegli się papiści i naradzali się, jak  Was przestraszyć i chcieli skonfiskować mi mój majątek. Wielu ludzi przychodziło mnie ostrzec. (...) Odpowiedziałam, (...), że się nie boję. Tymczasem napchałam dwie beczki z majątkiem i dałam je panu Burcherowi (kupcowi, który pośredniczył w handlu z Anglią) (...) Potem, w przededniu św. Jana w imieniu  Velsiusa (Velsius był kanonikiem od św. Tomasza) powołano mnie, abym w najbliższy czwartek stawiła się przed sąd duchowny. Przyszli do Christopha (Sölla) i donieśli mu o tym; Christoph odpowiedział, że nie przyjdziemy (...) Jeśli Velsius ma wobec nas jakieś żądanie, ma do tego prawo. Odrzucił więc [Christoph] to żądanie, nic mi o tym nie powiedział,  martwił się bowiem, że mogłabym coś źle powiedzieć, a tak mogłoby się zdarzyć. Pojechałam do Baden i rozkazałam panu Christophowi, żeby im w ogóle  nic nie  odpowiadał do czasu aż wrócę. Tymczasem przybyły moje beczki. Pan Kniebis (radny Strasburga) powiedział mi, żebym się nie martwiła. Tak zrobiłam; chcę zdać się na Boga, On mi na pewno pomoże. Bądźcie tylko w dobrym humorze, Panie! Ja i cała nasza służba jesteśmy zdrowi i wszyscy Was pozdrawiają. Pozdrawiają Was także wszyscy moi towarzysze z Baden. Zostańcie z Bogiem! (...) Wibrandis, Wasza wierna małżonka. Dwieście guldenów, które leżały u św. Tomasza, kazałam dać  panu Burcherowi przez pana Dasypodiusa  (kanonika u św. Tomasza i lektora przy gimnazjum w  Strasburgu (za: M. Heinsius).

   W Anglii Butzer znów mocno tęsknił za rodziną, niepokoił się o nią, docierały do niego niewesołe wieści ze Strasburga. Jesienią 1550 r. Wibrandis wraz z pięcioletnią Elisabeth, swoją matką, zięciem Christophem i bratanicą Margarete Rosenblatt wyruszyła w podróż do męża do Cambrigde, Irene i Hans Simon Capito pozostali w Strasburgu, Natanael – upośledzony syn Butzera z pierwszego małżeństwa oraz Martin, syn, którego miał z Wibrandis, zmarli wcześniej. Gdy pani Butzer przybyła do Anglii, jej mąż od razu poczuł się lepiej. Nie na długo jednak. Na początku 1551 r. znów odezwała się kamica nerkowa, która doprowadziła do mocznicy. Tym razem nawet pod niezwykle troskliwą opieką żony Butzerowi nie udało się wrócić do zdrowia. Zmarł 28 lutego lub 1 marca 1551 r.
   W pogrzebie reformatora, który zorganizowali profesorowie z Cambridge, wzięło udział ok. 3000 osób. Wdowa otrzymała od króla Edwarda VI zasiłek w wysokości 100 angielskich marek. Nie chciała jednak zostać w Anglii i zdecydowała się powrócić do Strasburga. Po kilkumiesięcznym pobycie na Wyspach znów z matką, córką i bratanicą wyruszyła w podróż do Alzacji. Zięć Christoph wrócił wcześniej i przygotował swój dom na przyjęcie teściowej. Opiekował się rodziną żony do czasu, gdy w 1553 r. padł ofiarą rozszalałej na nowo epidemii dżumy. Utrata tej męskiej opieki spowodowała kolejną przeprowadzkę Wibrandis, tym razem wybrała powrót do Bazylei. W Strasburgu została tylko młoda wdowa Aletheia Söll, która wkrótce ponownie wyszła za mąż za konwisarza Hansa von Lampertheima.

Wdowa

   W 1555 r. za mąż wyszła 22-letnia Agnes Capito. Jej wybrankiem był Jakub Meyer, młody pastor, wnuk i imiennik bazylejskiego burmistrza. Przy Wibrandis pozostała tylko stara matka i dwie niezamężne córki –  Irene oraz Elisabeth. Syn, Hans Simon, szybko się wyprowadził pod pretekstem podjęcia dalszych studiów teologicznych. Rzeczywiście, po studiach w Bazylei w 1556 r. udał się do Marburga. Wydaje się, że nauka nie szła mu najlepiej i zamiast dumy przysparzał matce trosk, choć nieczęsto dawał o sobie znać. W ostatnim zachowanym liście z marca 1557 r. Wibrandis czyni synowi wymówki i namawia go do powrotu do domu: Drogi Hansie Simonie, nie miałam od Ciebie wieści, odkąd był u mnie posłaniec z Marburga. Wydaje mi się jednak, że nawet gdybym miała od Ciebie wiadomość, nie ucieszyłaby mnie ona. (...) Nie mam od Ciebie nic prócz krzyża. Chciałabym doczekać dnia, w którym usłyszałabym o Tobie coś dobrego. Potem mogłabym z radością umrzeć. Uważaj na siebie, bądź oszczędny, ucz się pilnie, postępuj zgodnie z prawem, bądź bogobojny i wybierz służbę Chrystusowi, jak Twój świętej pamięci ojciec. Wtedy sprawisz radość mnie – Twojej matce, Twojej babce i Twoim siostrom, szwagrom i wszystkim krewnym. (...) Jeśli chcesz uczynić dobrze – wróć do domu, jeśli nie chcesz – to rób co chcesz. Radzę Ci jednak, oszczędzaj się. Posyłam Ci podarunek. Winrandis, Twoja wierna matka (za: M. Heinsius).
   Hans Simon nie zastosował się prawdopodobnie do rad matki. Słuch o nim zaginął; mógł umrzeć w wyniku jakiejś choroby lub wypadku, mógł też paść ofiarą przestępstwa. Ani matka, ani siostry od 1557 r. nie miały o nim żadnych wieści. Nie oszczędzono im jednak innych tragicznych wiadomości, zwłaszcza z Anglii. Od kiedy rządy objęła tam Maria Tudor (1554) zwolenników reformacji spotykały okrutne prześladowania. Stracono protektora i przyjaciela Martina Butzera – Thomasa Cranmera. Nie koniec na tym. W 1556 r. sprofanowano zwłoki Butzera, wykopano je i publicznie spalono wraz z pismami reformatora na placu targowym w Cambridge. Butzer został zrehabilitowany dopiero za panowania Elżbiety I.  

   Ostatnie lata życia spędziła Wibrandis w Bazylei, gdzie czuła się "pewnie i bezpiecznie" – jak wyznała w jednym z nielicznych zachowanych listów. Nie prowadziła już tak intensywnego życia jak wcześniej, ale nie zrezygnowała z działalności charytatywnej i gdy w 1564 r. epidemia dżumy znów zbierała swoje żniwo, Wibrandis poświęcała swój czas i zdrowie pomagając chorym i umierającym. Tym razem jednak sama padła ofiarą czarnej śmierci, wraz z ok. 7000 bazylejczyków. Zmarła 1.11.1564 r w wieku 60 lat w obecności córek – Irene Capito i Elisabeth Butzer. Obie wkrótce po śmierci matki wyszły za mąż.

Idealna żona, matka i pani domu

   Wibrandis Rosenblatt została pochowana obok swojego drugiego męża – Johannesa Oecolampadusa w bazylejskiej katedrze. Jej pogrzeb przekształcił się w procesję, przyszli ci, którzy ją znali z czasów, gdy prowadziła dom Oecolampadusa, i z ostatnich lat. Okazało się, że choć pozostawała w cieniu sławnych mężów, to jej trudy i zaangażowanie były dostrzegane. Ona sama uważała, że jej głównym zadaniem jest zapewnienie swoim mężom odpowiednich warunków do głoszenia idei reformacyjnych, a jednocześnie realizacja tych idei w codziennym życiu. Nigdy nie miała ambicji takich jak np. Argula von Grumbach, znawczyni Biblii, która prowadziła uczoną korespondencję z Lutrem i sama występowała publicznie. Nie odważyła się też dyskutować i pouczać małżonków, jak choćby Elisabeth Silbereisen. A jednak to ona przez całe swoje życie była cichą orędowniczką reformacji i reformacyjnego stylu życia; idealnie wcielała w życie reformacyjny wzorzec "pobożności Marty", który na długi czas stał się obowiązujący wśród pastorskich żon. Z drugiej strony zdumiewa codzienny heroizm kobiety, która wybrała "bycie żoną, matką, panią domu" i której nie oszczędzono nic z tego, czym straszył Gerson.
   Na niemal pół tysiąca lat historia zapomniała o Wibrandis Rosenblatt; jej cnoty dostrzeżono i przypomniano właśnie w 500 rocznicę urodzin, w 2004 r., kiedy to w miejscach, z którymi była związana, pojawiły się  pamiątkowe tablice ku jej czci.

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy

 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl