B jak buty

ilustr. slovika
Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że obuwie jest rzeczą przydatną i pożyteczną. Pod większością szerokości geograficznych bez obuwia żyć się nie da.
Ale większości trzydziestek wydaje się, zwłaszcza na przełomie pór roku, że nie  posiadają też umiejętności przetrwania bez  konkretnego modelu.

Najczęściej jest to jakaś para, której widok zapada w serce ot tak, przypadkiem, i to akurat  wtedy, kiedy na liście zakupów widnieje przynajmniej kilkanaście innych, absolutnie koniecznych pozycji. Wobec tego, tylko tak na chwilkę wchodząc do sklepu, trzydziestka chce cudo przynajmniej przymierzyć. Przymierza i stwierdza, że... MUSI je mieć. Potem przez trzy dni myśli o tych butach, dokonuje przesunięć w budżecie, kupuje jogurty o mniejszej pojemności, rozklepuje kotlety cieniej, stwierdza, że jedną z rzeczy absolutnie koniecznych da się przesunąć na pozycję niższą, a na jej miejsce wpisać ów zachwycający model i po przeliczeniu kasy wraca.

Oczywiście, jest to tylko początek ciągu zdarzeń. Odwieczny dylemat: czy buty powinny pasować do torebki, natychmiast się trzydziestce przypomina i zostaje rozstrzygnięty w sposób skutkujący poszukiwaniem i kupieniem torebki.

Trzydziestka wygląda zachwycająco, podoba się sobie, podoba się koleżankom z pracy, które, nie posiadając równie wdzięcznego tandemu buty–torebka milczą, i podoba się udomowionemu mężczyźnie, który, niestety, nie milczy. Niestety, bo zamiast powiedzieć trzydziestce komplement, zaczyna gderać.

W jego pojęciu lista rzeczy koniecznych powinna pozostawać niezmienna, chyba że chodzi o przesunięcia w celu umieszczenia wyżej kolejnego cuda, niezbędnego do  wzbogacenia cuda poprzednio nabytego w niewiadomym celu, właśnie przez udomowionego. Koronnym argumentem jest  brak miejsca na przechowanie kolejnej pary obuwia – jakby trzydziestka była Imeldą M. i wymagała  wybudowania pałacu na swoje buty, gdy tymczasem te głupie trzydzieści par swobodnie mieściłoby się w szafie w garderobie, po usunięciu stamtąd składanej taczki i rakiety tenisowej, którą udomowiony wyciągnął ostatnio sześć lat temu.

Znacznie częściej bywa jednak tak, że trzydziestka wchodzi do sklepu posiadając całkiem legalnie kwotę konieczną do kupienia potrzebnych butów. Szukając obuwia idealnego stwierdza, że piętnaście przymierzonych par było pięknych, ale koszmarnie niewygodnych, a piętnaście wygodnych, ale za to koszmarnych.

Trzydziestki nie  wiedzą, jakim sposobem producentom nie udaje się prawie nigdy wyprodukowanie obuwia, które posiada jednocześnie obie cechy pozytywne. I dlatego, jeśli udomowiony ma ochotę się poskarżyć, bo do domu została przyniesiona jedna para ładna, a druga do chodzenia, zamiast teoretycznie potrzebnej jednej, należy mu zaproponować wykazanie inicjatywy gospodarczej i niech próbuje z fabryką obuwia pięknego i wygodnego.

ilustr. slovika

Osobny podtemat to szpilki.
Entuzjastki szpilek chodzą w nich wszędzie, choć nie-entuzjastki nie wiedzą, jak jest w ogóle możliwe przemieszczenie się w nich gdziekolwiek, na jakąkolwiek odległość, bez uszczerbku na zdrowiu, bólu kręgosłupa i stopy.

Oczywiście są momenty, kiedy bez szpilek trudno się obejść, bo nic tak nie pomaga w zrobieniu piorunującego wrażenia na mężczyźnie, jak jedwabiście posuwisty krok i kołysanie biodrami. Co do tego zgadzają się entuzjastki i przeciwniczki, i każda choć raz w życiu  uciekła się do tej metody. Niektóre w celu podtrzymania wrażenia, a także dlatego, że mężczyźni uznają kobiety w szpilkach za dobro im należne, paradują w nich w zaciszu sypialni, nawet jeśli ich codzienność obuta jest w rozdeptane adidasy.

Niektóre bohaterskie posiadaczki szpilek posuwają się nawet do ich wkładania w celu wyniesienia worka ze śmieciami, zwłaszcza jeśli są też przez przypadek posiadaczkami podobno wyjątkowych mężczyzn, na których wyjątkowość mogłaby się połaszczyć jakaś inna trzydziestka albo, co gorsza, dwudziestka na szpilkach, w trakcie gdy prawowita właścicielka w koślawych ciapciach oddaje się czynnościom pielęgnacyjnym ogniska domowego.

Brak właściwego obuwia, pasującego do kreacji podkreślającej urodę, może zmusić trzydziestkę nie tylko do przeczołgania siebie i koleżanki albo oswojonego mężczyzny przez dwie galerie handlowe. Może też zmusić do poświęceń w postaci prac ręcznych nad obuwiem już posiadanym.

Butki można poddać różnego rodzaju zabiegom upiększająco - dostosowującym, wśród których najbardziej dostępne jest malowanie mazakiem w celu uzyskania odpowiedniego koloru – ale inwencja trzydziestek w tym wypadku nie zna granic. Oczywiście, malowanie jest dość ryzykowne, zwłaszcza przy deszczowej pogodzie, a bywają też podstępne egzemplarze butów, które farbę puszczają same z siebie i potrafią narazić trzydziestkę na kompromitację, gdy znienacka zajdzie konieczność ich zdjęcia i zademonstrowania nieobutej stopy. Wtedy oczom osób postronnych ukazuje się czarny, ufarbowany od buta paluch lub pięta.
   Trzydziestka, świadoma wady butów, przemierza ulicę ostrożniej i z ciągle towarzyszącym pytaniem, co też pomyśli ekipa ratowników o higienie jej stóp w wypadku jakiegoś wypadku i jak niezręcznie będzie się czuła, podczas wyciągania jej i jej zafarbowanych obuwniczo pięt spod tramwaju.

Niektóre trzydziestki, aby uniknąć wpadek tego typu, od razu asekurują się, kupując obuwie wyłącznie bez pięty i zgrabnie pomykają w klapeczkach. Niby oszczędność czasu  przy wkładaniu, pasty przy czyszczeniu, ale nie należy pomijać ryzyka ujawnienia słomy, bo choć zakładamy, że w przypadku żadnej trzydziestki dodatku tego tam nie ma, to jednak z przykrością stwierdzamy, że czasami teoria sobie a praktyka...

Istnieje też ryzyko, że  dzieci trzydziestki wyprą się matki, która w okresie zimowym odbiera je ze szkoły odziana w klapki, budząc powszechne zdziwienie.
   I to jest kolejny argument dla udomowionego mężczyzny, któremu na dobrym samopoczuciu rodziny powinno zależeć przynajmniej tak samo jak na swoim własnym. Jeśli jednak nadal uważa, że trzydziestka powinna mieć trzy pary butów: jedną na lato, drugą na zimę i trzecią na wszelki wypadek, to niech weźmie pod uwagę, że trzydziestka przeważnie nie kupuje cudownych bucików niejakiego Manola za jakąś nieludzką górę dolarów.

Udomowiony nie powinien bowiem w żadnym wypadku upodabniać się do zdarzających się niekiedy trzydziestek, które na widok tychże bucików na nogach innej trzydziestki  natychmiast hałaśliwie przypominają, że gdzieś na świecie jakieś dzieci chodzą po wodzie bez kaloszków, a nawet po piasku bez klapek. Są  to przeważnie trzydziestki, marzące o udomowionym, który potrafiłby zarobić na kosztowne buciki dla wybranki i pewną ilość charytatywnych kaloszków, które mogłaby, krocząc w tych bucikach, rozdawać.

ilustr. slovika

 


Ilustrowała: slovika/pinezka.pl

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl